„Once Upon a Nightwish” – Rozdział V

Rozdział V


„Drabiną do góry”

Pod koniec lata 1999 roku zespół dowiedział się, że sprzedaż była obiecująca również w Niemczech. By ją zwiększyć jeszcze bardziej, dyrektor Drakkar Bogdan Kopec wpadł na pomysł specjalnego wydania przeznaczonego wyłącznie dla rynku niemieckiego.

Kopec wspomina, że 11 sierpnia w części Europy miało miejsce całkowite zaćmienie słońca. – Poprosiłem Tuomasa, by napisał utwór upamiętniający to wydarzenie. Nie był zbyt zadowolony, ale skomponował „Sleeping Sun”. Mieliśmy naprawdę wielkie szczęście, że zgodził się to zrobić.

Tuomas nie był za bardzo podekscytowany perspektywą napisania piosenki na zamówienie. – Już z początku byłem przeciwny temu pomysłowi. Powiedzieli, że utwór nie powinien być dłuższy niż 4 minuty, musi być skomponowany na wzór przeboju, mieć chwytliwy refren i zdecydowanie musiała to być ballada. Z tego, co pamiętam, to mówili też, że nie może zawierać solówki gitarowej. To były wskazówki Boggiego. Ale mimo wszystko udało się nam wcisnąć tam solówkę.

Utwór został wydany w Niemczech jako singiel zatytułowany Sleeping Sun (Four Ballads of the Eclipse), który zawierał „Walking In The Air”, „Swanheart” i tytułowy utwór z Angels Fall First. – Wydaliśmy wiele pieniędzy na promocję tego singla – wspomina Boggi. – Limitowana do dwóch tysięcy egzemplarzy edycja zawierała specjalne tekturowe okulary, przez które można było podziwiać zaćmienie. Oczywiście okazało się, że okulary te nie pasowały do pudełka z płytą, więc samodzielnie musieliśmy przyciąć te okulary w biurze, całe dwa tysiące!

Jak wspomina Kopec, singiel nie był wielkim sukcesem, ale otworzył przed zespołem wiele nowych możliwości. – Fakt, iż zespół grający muzykę metalową wypuszcza singel w Niemczech to już samo w sobie coś specjalnego, a w przypadku nowicjuszy na tym rynku to coś niesłychanego. Singiel dostał się na listy przebojów i pozostał tam jakieś trzy czy cztery tygodnie, docierając do 60. miejsca. To naturalnie dało nowy bodziec płycie Oceanborn, która już wtedy sprzedała się w 30 tysiącach kopii. Sam singiel nie był hitem, ale dał zespołowi możliwość wyjścia z cienia. Jako że na płycie były cztery świetne ballady, to mogliśmy też dotrzeć do szerokiego grona ludzi poza nurtem metalowym. Jedna z rzeczy, którą zrobiliśmy ze Sleeping Sun, to reklama w niemieckim kanale informacyjnym, NTV, który jest czymś w rodzaju niemieckiego CNN. Wydawnictwo metalowe reklamowane w mainstreamowej telewizji to było coś, o czym nikt wcześniej nawet by nie pomyślał. Oczywiście wiązało się to z ryzykiem, ale wciąż sądzę, że było warto. Chodziło o dotarcie do różnego rodzaju ludzi, jak np. do fanów Andrei Bocellego. Wydaje mi się, że to się udało.

– „Sleeping Sun” umieściliśmy również na wielu składankach, takich jak Mysteria, Fantasia i jeszcze kilku innych – wspomina Boggi. – To jest na wielkich i znaczących składankach. Nie pamiętam, jakie były dokładne liczby, ale „Sleeping Sun” sprzedał się na przynajmniej pół milionie egzemplarzy różnych składanek. Albo i nawet więcej.

Pomimo sukcesu singla Tuomas wytrwale stał przy swoich początkowych zastrzeżeniach. – Pamiętam, kiedy prezentowaliśmy utwór przed BMG i niemiecką filią Island (Island Records, pochodząca z Wielkiej Brytanii okołorockowa firma nagraniowa – przyp. tłum.) – kontynuuje Boggi. – Wieczór był udany pod każdym względem, ale podczas przejażdżki, która była częścią całego wydarzenia, Tuomas powiedział mi, bym go już nigdy więcej nie prosił o napisanie jakiegokolwiek singla. I nigdy się na to nie odważyłem. Prośba została zrozumiana.

Do piosenki nagrano również teledysk, który okazał się być najdroższym w historii Spinefarm w tamtych czasach. Za napisanie scenariusza do teledysku oraz reżyserię odpowiedzialny był Sami Käyhkö. Zawierał on sceny z Tarją na tle jesiennego krajobrazu Laponii. Raz jeszcze reszta zespołu nie wzięła udziału w teledysku. Akcja teledysku miała rozwijać się na przestrzeni jednej nocy, a jej zwieńczeniem miało być zaćmienie.

– „Sleeping Sun” wreszcie był jakimś konkretnym teledyskiem – mówi Tarja. – Wybraliśmy się do Laponii, a potem jechaliśmy samochodami terenowymi aż do cholernego jeziora Inari. Ludzie z ekipy produkcyjnej szukali dobrej lokalizacji i znaleźli małe jezioro w środku lasu. Na początku był plan, bym wskoczyła do jeziora Inari. To była jesień, słońce wciąż jeszcze wschodziło i zachodziło, ale było już bardzo zimno.

Zdaje się jednak, że kręcenie w jesiennej świetności Laponii dalekie było od ideału. – Miałam na sobie czerwoną sukienkę o trzy rozmiary na mnie za dużą. Musiała być zszyta od góry na plecach, by wyglądało, że na mnie pasuje – mówi Tarja, przewracając oczami. – Wystylizowali mi włosy na wzór fińskiej królowej tango, co mi się bardzo nie podobało, no ale oczywiście nie miałam nic do powiedzenia. Przez cały ten czas miałam przy sobie wizażystkę.

A gdyby tego było mało, Tarja była atakowana przez rój spragnionych krwi insektów. – Ach, te komarzyska! Miałam na sobie tę krwistoczerwoną sukienkę, a tam było z milion tych owadów. Nie uwierzylibyście w to. Na czole i szyi miałam z tysiąc ugryzień. Te komary były wszędzie. Spaliśmy w chatce i jeśli ktoś otworzył drzwi nawet na chwilę, to tysiące komarów wlatywały zaraz do środka. Większość nocy spędzaliśmy, przeganiając je. Oczywiście zdjęcia miały miejsce również nocą, przy wodzie, która przyciągała wszystkie komary w promieniu mili. Próbowałam wyglądać na zrelaksowaną, jak tylko mogłam, pomijając fakt, iż setki tych skurczybyków wysysały mi krew z ucha przez cały ten czas. Bolało jak cholera! I tak stałam tam sobie i śpiewałam „Chciałabym, by mi noc ta do końca już trwała”. O Boże! W którymś momencie musiałam się po prostu stamtąd zmyć w podskokach, by uciec od tych komarów. Strasznie cierpiałam – pogryzły mnie w ucho, które tak spuchło, że nie mogłam już nawet nic słyszeć. To był koszmar, stać tam boso w samym środku lasu komarów.

Mękom Tarji nie było końca. – Zdjęcia do teledysku trwały cztery dni, po czym powiedziałam chłopakom, że już nigdy tam nie wracam. To było okropne doświadczenie. Pewnej nocy przy zachodzie słońca próbowaliśmy zrobić parę ładnych ujęć ze mną na stosie kamieni, ale rany, te kamienie były cholernie ostre! Było trudno wyglądać ładnie z tymi siniakami i komarami wysysającymi resztki krwi. To była tortura. Zużyliśmy wiele butelek środka owadobójczego. Nie uwierzylibyście, jak wyglądali kamerzyści i ich asystenci. Pod koniec zdjęć byli tak pogryzieni, że w ogóle nie wyglądali jak ludzie! Więc mimo wszystko miałam się trochę lepiej.

Montując teledysk w studiu MTV3, reżyser Käyhkö próbował usunąć komary cyfrowo, chociaż wciąż można niektóre z nich dostrzec w produkcie końcowym.

Ze względu na tematykę teledysku zaćmienie też musiało być uwzględnione. Uważny widz może dostrzec, że zaćmienie to jest dziwnie podobne do słońca z teledysku do „The Carpenter”. Tak naprawdę zostały stworzone z tego samego materiału: z braku czasu wcześniejszy obraz słońca zastał przerobiony w dość dziwnie wyglądające zaćmienie.

„Sleeping Sun” został ogłoszony metalowym teledyskiem roku przez Jyrki, najbardziej popularny fiński program dla młodzieży w fińskiej telewizji w latach 90. Końcowy rezultat nigdy nie podobał się Emppu. – To gówno – z kamienną twarzą stwierdza Emppu. – Teledysk był drogi, ale i tak nadal uważam, że był gówno wart. Nie mam pojęcia, co jest z tymi Finami – dlaczego nawet najdroższe teledyski wyglądają, jakby były zrobione przez studentów? Jak mogą marnować kasę na coś takiego?

Mimo tego teledysk pozytywnie wpłynął na sprzedaż. Singiel „Sleeping Sun” sprzedał się w 13 tysiącach egzemplarzy podczas pierwszego tygodnia w Niemczech i wspiął się na miejsce 69. na niemieckich listach przebojów. Choć singiel można było zdobyć tylko i wyłącznie importując go z Niemiec, płyta pokryła się złotem i zdobyła drugie miejsce na listach w Finlandii, pozostając na nich przez dziewięć tygodni. Utwór został później dodany do ponownego wydania Oceanborn i nagrany ponownie w 2005 roku.

Pod koniec 1999 roku Nightwish pokazał, na co go było stać, a zdolności Tarji były doceniane nawet poza sceną metalową. Tarji zaproponowano, by zaśpiewała w symfonii metalowej Evangelicum, ambitnym projekcie Kariego „Kärtsy” Hatakki, frontmana Waltari, łączącym brutalny i pierwotny black/death metal z muzyką klasyczną, tańcem nowoczesnym, dramatem oraz bombastyczną grą świateł i pirotechniką.

Umiejscowione w średniowieczu Evangelicum to utwór fantasy o odwiecznej walce dobra ze złem. Choreografia została ułożona przez dyrektora Fińskiego Baletu Narodowego, znanego na całym świecie tancerza Jormę Uotinena. Premiera miała miejsce 5 października 1999 roku. Evangelicum została wystawiona jedenaście razy w Narodowej Operze Fińskiej w Helsinkach. Bilety na każdy spektakl rozeszły się natychmiastowo.

Sam występ został odebrany z mieszanymi uczuciami przez fińskich fanów metalu i rocka. Nawet samą Tarję nie do końca przekonywał końcowy efekt. – Evangelicum to, hmm, dość interesujący projekt. Jakby to powiedzieć? Po pierwsze, całe to połączenie Uotinen-Hatakka to coś samo w sobie interesującego. Kiedy zostałam zaproszona, by wziąć w tym udział, to od samego początku byłam ciekawa, co z tego będzie. Ale kiedy usłyszałam muzykę, to pomyślałam sobie „Aha, okej. Narodowa Opera Fińska naprawdę się na to zgadza? No to musimy być naprawdę bardzo fajnym krajem. Prawdopodobnie żadna inna opera w Europie by się na to nie zgodziła”.

– Jednak publiczności się to podobało i z pewnością było to również imponujące wizualnie. Przygotowania były bardzo męczące, bo wszystko musiałam robić sama. Nie miałam nawet korepetytora do pomocy, podczas gdy zazwyczaj w operze są tacy (korepetytor to asystent wokalistki, osoba, która uczy ją jej roli. Głównym jego zadaniem jest towarzyszyć solistce przy próbach). Muzyka była atonalna, więc musiałam sama ustalić, w jakiej tonacji śpiewać. Z tego, co pamiętam, to w tle był grany death metal, a skrzypce zaczęły grać w zupełnie innej tonacji, więc musiałam zaśpiewać tak, by mój głos jakoś mógł to wszystko razem spleść. Nie była to dla mnie komfortowa sytuacja – wyznaje Tarja.

Występy Evangelicum dobiegły końca, zanim wokaliści i inni biorący w nim udział poczuli się zupełnie swobodnie w swoich rolach. – Podczas ostatniego występu poczułam, że mogłabym to robić dłużej. Wcześniej nie czułam się zbyt pewnie w tej roli. Myślę, że każdy z nas się tak czuł; chór, muzycy i zespół. Komputer Kärtsy’ego, zawierający wszystkie nuty, został skradziony, przez co orkiestra otrzymała swoją partyturę dopiero półtora tygodnia przed premierą. Każdy w zasadzie walił głową w mur. Nie spałam po nocach, ćwicząc. Ćwiczyłam, gdzie tylko mogłam, nawet chodząc po ulicy. No ale w końcu największa gazeta w Finlandii, Helsingin Sanomat, nazwała mnie śpiewaczką operową, więc bardzo mi to schlebiało! To był jedyny aspekt całego projektu, o którym gazeta miała coś pozytywnego do powiedzenia.

Prawda jest jednak taka, że gazeta owa chwaliła również Kärtsy’ego za charakterystyczną prezencję sceniczną i Uotinena za choreografię mocno inspirowaną aikido. Najmniej pozytywów przypadło muzyce deathmetalowej Waltari.

Tarja przeżyła lekką traumę wywołaną swoim strojem. – Ta sukienka! Pamiętam ją tak, jakby to było wczoraj. To był niewiarygodnie piękny czerwony jedwab. Kiedy spotkałam się z projektantami kostiumów, powiedziano mi, że będę mieć też na sobie dodatki, na których były wzorki motyli i ptaków. Jorma Uotinen nazywał mnie „jaskółką”. Dodatki te nie ważyły za dużo, dzięki czemu nie śpiewało mi się ciężej. A sama sukienka była przepiękna, obcisła i bardzo długa. Tak długa, że aż opadała na podłogę. Kiedy projektantka mierzyła materiał na mnie, to sobie myślałam: „Mój Boże, będę w niej wyglądała przepięknie. Tak bardzo chcę w niej wystąpić”. Lecz wtedy czar prysł i projektantka mi powiedziała, że ładnie na mnie leży, ale kiedy Jorma tu przyjdzie, to będzie chciał ją skrócić o połowę. Nie powiedziała nic więcej na ten temat. Kiedy Jorma się zjawił, kazał mi się obrócić parę razy, powiedział: „Troszkę skrócimy” i przeciął materiał w połowie. Nienawidziłam w tamtym czasie swoich nóg, ale tak czy siak musiałam wyjść na scenę ubrana w ten sposób.

Gdy Tarja spędzała wieczory w Operze Narodowej, w Niemczech zaczynało się dziać. Dzięki szerokiej dystrybucji „Sleeping Sun” i sukcesowi Oceanborn zespół stawał się w Niemczech coraz sławniejszy. Drakkar zarezerwował Nightwish jako support dla zespołu Rage podczas ich europejskiej trasy koncertowej składającej się z dwudziestu pięciu koncertów. Trasa zaczęła się w listopadzie 1999 roku. Wydarzenie to dało zespołowi pierwszy posmak zagranicznej publiczności.

– To było rewolucyjne doświadczenie – mówi Jukka. – Kiedyś napisaliśmy na naszej stronie internetowej o naszych nadziejach i marzeniach. Każdy z nas pragnął tego, by móc zagrać koncert podczas jakiegoś festiwalu, może podczas Nummirock (fiński festiwal muzyki metalowej) albo w jakimś odległym mieście w Europie. A teraz wyobraźcie sobie, że gramy z tym znanym zespołem w wielkich salach koncertowych. To przeżycie wiele nas nauczyło i wpłynęło na sposób, w jaki gramy i postrzegamy zespół. Kiedy zorientowaliśmy się, jak bardzo ludzie nas lubią, zyskaliśmy więcej wiary w siebie i w ten sposób nasze koncerty stawały się coraz lepsze. Mieliśmy nawet małą rywalizację z Rage. Kiedy my graliśmy w Holandii, miejsce było wypełnione prawie po same brzegi, a gdy Rage wszedł na scenę i zaczął swój dwugodzinny koncert, około 2/3 ludzi sobie poszło.

Jak widać, Nightwish dał popalić Rage podczas trasy. – Trochę im współczułem, ale w środku się cieszyłem. Finlandia – Niemcy 6:0! – Tuomas uśmiecha się szeroko. Jukka również im nie zazdrościł. – Przypuśćmy, że mamy jakieś dziesięć lat więcej i jesteśmy w trasie z jakimś zespołem młodzieniaszków, powiedzmy ze Szwecji, którzy grają jako support dla nas. Kiedy my wychodzimy na scenę, połowa ludzi sobie po prostu idzie do domu. Na pewno by nam się to nie spodobało.

Rage, składający się z Amerykanina, Białorusina i Niemca, nie jest zwykłym metalowym trio. – Są taką mieszanką, że nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić jak oni się spotkali – uśmiecha się Tarja. – Zupełnie różne wartości i kultury. Byli mili, trochę starsi od nas, no i profesjonalni w tym co robili.  Naprawdę fajnie się ich oglądało. Byli świetni, nawet ich solo na perkusji za każdym razem było inne. Oglądaliśmy ich koncerty prawie każdego wieczora. Były niesamowite. A Wiktor Smolski jako gitarzysta – jest naprawdę niezły w te klocki, a jakby tego było mało, jest jeszcze kompozytorem muzyki klasycznej.

Podczas tej trasy Nightwish po raz pierwszy miał na pokładzie technika od perkusji, Niemca Ulricha „Ulscha” Weitza. – To niesamowite uczucie dowiedzieć się, że perkusista może mieć ze sobą technicznego na trasie! – śmieje się Jukka. – Jak to, mówisz, że nie muszę sam czyścić i składać perkusji zaraz po ostatnim kawałku, cały spocony i zmęczony? Serio? A na dodatek Ulsch okazał się być niesamowicie sympatycznym facetem. Od tamtej pory korzystałem z jego pomocy zawsze, gdy tylko był dostępny. Potem na kilku koncertach w Finlandii i za granicą moimi technikami byli również Tommi Pesonen, Lassi Hinkkanen i Risto Järvelin. Wszystko zawsze grało tak, jak trzeba, a przy okazji dobrze się razem bawiliśmy.

Zespołowi nie obiecywano gwiazdki z nieba na początku niemieckiej trasy koncertowej. – Kiedy po raz pierwszy spotkaliśmy się z Rage, oni nic o nas jeszcze nie wiedzieli – ciągnie Jukka. – Byliśmy żółtodziobami. Usłyszeliśmy, że najprawdopodobniej nie będziemy mieli za dużo czasu na próby dźwięku, ale będzie mogło to ulec zmianie, gdy Rage już wejdzie w swoją rutynę.

Na tle prywatnym Nightwish nie miał żadnego problemu z Rage, który nawet zaproponował pomoc, gdy autokar Finów wypadł z drogi. Spowodowane to było złymi warunkami pogodowymi. Na szczęście nikt nie ucierpiał, ale Finowie musieli opuścić swój autokar i kontynuować dalszą drogę z Rage.

Trzeba jednak przyznać, że technicy Rage mieli nie lada problemy, by poradzić sobie z popularnością Nightwish, który tylko otwierał ich koncerty. – Kiedy się okazało, że ludzie przychodzili nie tylko na Rage, ale i na nas, wszystko się pogorszyło, nie mieliśmy czasami nawet czasu na próbę dźwięku – mówi Jukka. – Jedyne, na co dawano nam czas, to wniesienie sprzętu na scenę, sprawdzenie kabli oraz zwinięcie się ze sceny po wszystkim.

Początkowo Tarja martwiła się o to, jak zespół zostanie powitany za granicą. – Album sprzedał się dobrze, więc wyobrażaliśmy sobie, że przyjdzie choć trochę ludzi, by nas zobaczyć – mówi. – Ale nigdy nie wyobrażałam sobie takiego powitania, jakie nam zgotowano. W niektórych miejscach ludzie wychodzili zaraz po tym, jak skończyliśmy grać, co bardzo wkurzało ekipę z Rage. Ta trasa koncertowa okazała się być dla nas kluczowa, bo już wtedy stało się jasne, że mamy w sobie to coś, by na następnej być headlinerem.

Chociaż publiczność witała Finów ciepło, to życie w drodze bywało chłodne, zwłaszcza dla Tarji. – Tak, ta trasa była trudna – wyznaje Tarja ze znanym już tonem. – Chłopaki pili i szaleli w autokarze. Nie mogłam się wyspać nawet przez jedną jedyną noc, a przecież następnego dnia musiałam być w stanie śpiewać na koncercie. Autokar miał klimatyzację i już po pięciu dniach zachorowałam. Musiałam iść do lekarza i dostać zastrzyk, by moje gardło znów mogło funkcjonować.

Sami zauważył, że atmosfera bywała czasami napięta, ale nie aż tak bardzo. – Co jakiś czas można było wyczuć małe napięcie między nami. Było to całkiem zrozumiałe, bo nie sypialiśmy za dobrze, no i gapiliśmy się tygodniami na te same gęby.

Mimo to cały zespół dzięki tej trasie koncertowej zyskał sporo wiary w siebie. – Trasa bardzo nas oświeciła, szczególnie, jeśli chodzi o pewność siebie – mówi Tuomas. – Wtedy wszyscy byliśmy jeszcze trochę zagubieni – nie bardzo wiedzieliśmy, kim jesteśmy. Jakąś grupą klaunów i dziewczyną, która myśli, że jest śpiewaczką operową? Wciąż szukaliśmy naszej tożsamości, a trasa po Europie pokazała nam, gdzie jest nasze miejsce i dokąd zmierzamy. Dała nam również poczucie, że w zasadzie jesteśmy całkiem dobrzy w tym, co robimy, więc dlaczego by nie iść w tym kierunku?

– Było to coś w rodzaju osobistego zwycięstwa – dodaje Tarja. – W końcu zrozumiałam, że jest sens w tym, co robimy, że ci ludzie naprawdę przychodzą na koncerty, by nas zobaczyć.

– Nie sądzę, by ktokolwiek z nas oczekiwał takiego powitania – zgadza się Sami. – Dziwnie było przekonać się, że tylu ludzi spoza Finlandii nas znało. I nie musieliśmy już żywić się orzeszkami, czekoladą i piwem – mieliśmy teraz prawdziwy catering. Oczywiście wciąż było wiele piwa, a jak fińska tradycja nakazuje, uznaliśmy za kwestię honoru, by całe je wypić!

Najlepsze i tak miało jeszcze nadejść. – Jeden z najlepszych momentów to ten, w którym ludzie z Drakkar powiedzieli nam, że to właśnie my będziemy headlinerem na następnej naszej trasie – wspomina Jukka. – To było nie do wyobrażenia, że mieliśmy mieć własną trasę koncertową po Europie, że gralibyśmy pod własną nazwą. Nie mogłem w to uwierzyć. Dlaczego ktoś z Austrii miałby zapłacić, by usłyszeć nasz kareliański metal?

Gdy stawki szły w górę, zespół dostawał niezłego pietra. – Byłem przerażony, gdy usłyszałem, że to właśnie Sinergy będzie grał przed nami – wspomina Tuomas. – No wiesz, tam grali Alexi Laiho i Roope Latvala na gitarach i Marco Hetala na basie. Rany!

Założony przez Kimberly Goss Sinergy to świetny zespół na skalę Finlandii. Składał się z pięciu członków, między innymi Hietali, najbardziej rozpoznawalnej postaci metalu w Finlandii, Roope’a Latvali, który stał się gitarzystą-pionierem pierwszego międzynarodowo rozpoznawalnego fińskiego zespołu speed metalowego, Stone, w latach 80. oraz z Alexiego Laiho uznawanego za wyjątkowy talent w swoim własnym zespole Children Of Bodom. Dziś (2006 r. – przyp. tłum.) zarówno Laiho, jak i Latvala grają w Children Of Bodom, zespole, który znajduje się w czołówce europejskiego metalu i przełamuje lody w Ameryce dzięki wielokrotnym trasom.

– Moment, w którym zdałem sobie sprawę z tego, że nadeszły wielkie czasy dla zespołu, miał miejsce, kiedy wypuściliśmy singel „Sleeping Sun” – mówi Tuomas. – Jechaliśmy na nasz koncert do Kuopio, kiedy dowiedzieliśmy się, że Oceanborn pokrył się złotem. To właśnie wtedy zdałem sobie sprawę, że jesteśmy na innym poziomie. Siedzieliśmy sobie na trawie w Utajärvi podczas festiwalu Untorock i wszyscy byli podekscytowani jak cholera tym, że album sprzedał się w 20 tysiącach egzemplarzy. Maki Kolehmainen, autor piosenek bardzo popularnego fińskiego zespołu pop, Aikakone, również tam był. Musiałem mu się pochwalić naszym dokonaniem. Maki pogratulował nam i powiedział, że w końcu robimy coś własnego. Przypomniał nam, że mamy się tego trzymać.

– Załoga Nightwish zdała sobie sprawę z tego, czym stał się zespół, gdy grali koncert na drugiej scenie festiwalu Ilosaarirock – przypomina sobie Tapio Wilska. – Scena znajdowała się w namiocie, który mógł pomieścić trzy tysiące osób, a ludzie zbierali się nawet w promieniu czterdziestu metrów od namiotu. Sumi, nasz spec od dźwięku, mówił, że czasami nawet nie słyszał Tarji, bo ludzie wokół jego stanowiska śpiewali tak głośno! Ale się naśmialiśmy na backstage’u, gdy widzieliśmy Anssiego Nykänena (znany fiński muzyk), tańczącego za panelem kontrolnym pogo jak szalony. Potem mówił: „Co za zajebisty zespół! Cholera, są nieźli”.

Oceanborn wybrukował zespołowi drogę do zawodów wagi ciężkiej metalu. Według statystyk fińskiego IFPI (międzynarodowa federacja przemysłu fonograficznego) album okrył się platyną już w 1999, a pod koniec 2005 roku sprzedał się w 58 tysiącach kopii. Album dotarł do piątego miejsca i pozostał na listach przebojów przez całe 35 tygodni. Krążek osiągnął również miejsce 47 w Grecji, a w Niemczech dotarł do siódmego. Drugi jego singiel, „Walking In The Air”, był numerem jeden w Finlandii, pokrył się złotem i pozostał na listach przez osiemnaście tygodni. Oceanborn okazał się być również ulubieńcem krytyków, albumem, który otworzył oczy i uszy ludzi z Finlandii, Niemiec i Ameryki Łacińskiej.

– Słyszałem, że Oceanborn stał się swego rodzaju klasykiem na fińskiej scenie muzycznej – mówi Tuomas. – Mnóstwo osób uważa go za nasz najlepszy album, właściwie jedyny prawdziwy album Nightwish. Nigdy nie był na pierwszym miejscu list, w swoim najlepszym momencie znalazł się na miejscu piątym, ale był to album z największą ilością ponownych wejść. Jeżeli dobrze pamiętam, to schodził z list jakieś sześć razy, ale zawsze powracał. Ogólnie utrzymał się jakieś 35 do 40 tygodni. Po skomponowaniu tego krążka poczułem, że już nigdy nie będę w stanie napisać następnej piosenki. Byłem pusty w środku, cała moja energia i kreatywność została przeznaczona na stworzenie Oceanborn. To właśnie on zdefiniował zespół. I to z pewnością dobry album.

Z czasem członkowie Nightwish zaczęli postrzegać Oceanborn jako pomnik ich utraty niewinności jako zespół. – Kiedy nagrywaliśmy Oceanborn, to wszystko było łatwe i naturalne – mówi Jukka. – Chociaż później staraliśmy się nie myśleć o fanach czy wytwórni podczas nagrywania albumu, to okazało się to być inne na nieświadomym poziomie. Oczywiście wciąż było wiele do odkrycia i my mieliśmy mnóstwo do zaoferowania, ale każdy zespół ma taki jeden album, którego sukcesu nie da się już potem doścignąć.

– Wciąż można usłyszeć ten prawdziwy entuzjazm i niewinność na Angels Fall First i Oceanborn – wzdycha Tuomas. – Ta wzruszająca naiwność zniknęła gdzieś po drodze. Po sukcesie Oceanborn ta niewinność została utracona na zawsze.

Kiedy trasa koncertowa promująca Oceanborn dobiegła końca, zespół nie miał czasu na zbijanie bąków i cieszenie się ze swego świeżego sukcesu. Wsparcie i entuzjazm fanów, którego doświadczyli podczas lata, zainspirował nową muzykę i nagrania do trzeciego albumu rozpoczęły się późną zimą 2000 roku.

– Po powrocie z trasy z Rage spędziliśmy cały listopad i grudzień na próbach, a następnie weszliśmy do studia w styczniu – mówi Jukka. – Wishmaster to nasz pierwszy album, na który wokale i perkusja zostały nagrane w Finnvox.

Finnvox to pierwsze studio w Finlandii zbudowane specjalnie do nagrywania muzyki i po ukończeniu budowy w 1965 roku kompleks ten był obiektem muzycznym, o którym nikomu w okolicy w tamtych czasach się nawet nie śniło. Jedną z wprowadzonych nowości była podłoga w konstrukcji pływającej [posadzka na warstwie izolacji, nie powiązana ze stropem, co daje dobre wygłuszenie dźwięków – przyp. tłum.], która stała się potem normą w każdym nowoczesnym studiu nagrań na całym świecie. Szybki czterościeżkowiec Studer był także obiektem zarówno zainteresowań, jak i wątpliwości wśród profesjonalistów, ponieważ wtedy jeszcze zwyczajem było nagrywanie muzyki na żywo, ale czterościeżkowiec, który miał również funkcje miksowania, szybko udowodnił swoją wartość. Finnvox właściwie zaczął nową erę w nagrywaniu muzyki. Początkowo składał się tylko z jednego studia z czterema ścieżkami, lecz stopniowo rozbudował się do rozmiarów wielkiej muzycznej fabryki z czterema studiami nagrań i trzema do miksowania.

Tuomas dawał z siebie wszystko. – O mało bym nie zdążył z komponowaniem piosenek. Były już święta Bożego Narodzenia, a ja miałem tylko jakieś dwa czy trzy tygodnie, by napisać jeszcze cztery utwory. „The Kinslayer” i „Deep Silent Complete” zostały ukończone zaledwie tydzień przed wejściem do studia.

Na nowym albumie miały się pojawić nie tylko pomysły Tuomasa. – W refrenie „Come Cover Me” zdecydowanie czuć rękę Emppu – mówi Tuomas. – Kiedy pomysły innych pasują do kawałka, wtedy są używane. Przed nagraniem Wishmaster Emppu dał mi kasetę z riffami i melodiami, które sam skomponował i jakaś połowa z nich była cholernie dobra. Refren „Come Cover Me” jest naprawdę niezły. Niektóre riffy do „Bare Grace Mistery” też nieźle się sprawdziły, ale parę z tych, które nie zostały użyte, trochę za bardzo mi przypominały Steve’a Vaia.

Bóle porodu Oceanborn odeszły już na szczęście w niepamięć i dla odmiany zespołowi faktycznie miło się pracowało nad następnym krążkiem. – Praca nad tą płytą była zaskakująco łatwa w porównaniu do jej poprzedniczki – mówi Tuomas. – Tym razem mieliśmy też paru muzyków gościnnych. Z góry dałem znać Spinefarmowi i Ewo, że będę potrzebował majestatycznego męskiego chóru w studiu i załatwili nam pięciu osiemnastolatków z liceum Sibeliusa. Odwalili kawał zaskakująco dobrej roboty.

Dla Tarji sesja Wishmaster oznaczała pojęcie w pełni potencjału zespołu, bo zdaje się, że do tamtej chwili nie za bardzo rozumiała majestatyczność ich muzyki. – Olśniło mnie, że nasza muzyka miała w sobie tyle różnych elementów – jedna piosenka jest stworzona z miliona różnych małych części. Zdumiewa mnie to po dziś dzień. Słuchałam Wishmaster wiele razy, bo utwory były tak inspirujące, że zmusiły mnie do refleksji nad tym, jak interpretować muzykę. Przy Wishmaster mój głos zaczął już funkcjonować w zupełnie inny sposób, przez co wszystko stało się o wiele bardziej interesujące. Odkryłam, że mogę śpiewać z o wiele większą łatwością.

Zespołowi podobała się też praca w studiu Finnvox. – Nagrywanie tam to było coś nowego i przyjemnie innego, mimo że nagraliśmy już tam „Sleeping Sun” – wspomina Tarja. – Mikko Karmila nie był zbyt rozmowny, ale atmosfera była pozytywna i wszyscy naprawdę ciężko pracowaliśmy. Karmila również poważnie podszedł do tematu i było naprawdę zabawnie, gdy zjeżdżał wszystkich z góry na dół: „Co to ma być za linia basowa, ona nie trzyma się kupy! Mogliście to zrobić o wiele lepiej, no ale teraz nie ma już na to rady!” Mimo to album pod względem brzmienia wyszedł świetnie. Brzmi naprawdę potężnie.

Mikko Karmila, który zadowolił się poprzednio swoimi obowiązkami przy miksowaniu, był teraz również obecny podczas nagrywania. – Na Wishmaster zespół spróbował stworzyć symfoniczny dźwięk. Można to usłyszeć w desperackich partiach chóru – Karmila mówi swoim suchym i sarkastycznym tonem.

Tarja powoli odnalazła swoje miejsce w zespole i być może po raz pierwszy poczuła się jako pełen jego członek. – Praca nad Wishmaster przysporzyła mi nieco bólu, bo był to pierwszy raz, kiedy dałam z siebie sto procent i starałam się, by album był świetny – mówi. – Wiadomo, było wiele presji. Poprzedni album pokrył się złotem, więc i ten musiał być sukcesem. Wiedziałam, że utwory są świetne. Wiedziałam również, że jeżeli nabiorą w studiu odpowiedniego kształtu i wyjdą dobrze, to album też będzie dobry. Wtedy też uświadomiłam sobie, że mój śpiew na Oceanborn nie był najlepszy. Kiedy zdałam sobie z tego sprawę, nie byłam już więcej w stanie słuchać tego albumu.

W wywiadzie dla Rumba Tarja opisała sesję Wishmaster jako wynagradzającą wszelkie trudy. – Przy tych utworach mogę w pełni wykorzystać potencjał mojego głosu. Na płycie jest mniej wysokich dźwięków. No i byłoby coś bardzo nie tak, gdyby nikt nie zauważył, że codziennie godzinami ćwiczyłam! Nie musiałam się za bardzo stresować podczas sesji Wishmaster i wszystko było dużo prostsze niż wcześniej, chociaż te utwory nie należą do najłatwiejszych. Wokalistka ze złą techniką mogłaby nie być w stanie ich zaśpiewać, nie wspominajac już o tych na Oceanborn.

Oprócz chóru na albumie można usłyszeć muzyków gościnnych. Ike Vil z Babylon Whores nagrał fragmenty obłąkańczego badania samego siebie w „The Kinslayer”, a w „Dead Boy’s Poem” pojawia się dziecięcy głos. – W głowie miałem pomysł na piosenkę, w której młody chłopak recytowałby wiersz – mówi Tuomas. – Problem polegał na tym, że żaden fiński dwunastolatek nie byłby w stanie mówić po angielsku z dobrym akcentem, więc musiałem znaleźć do tego native speakera. Siostra mojej mamy, Miitta Sorvali, jest aktorką i znała Neila Hardwicka, angielsko-fińskiego reżysera i pisarza, a moja mama pamiętała, że Neil ma syna, który nazywa się Sam. Zadzwoniłem do niego i poprosiłem, by przeczytał wiersz, a Sam zgodził się bez chwili wahania. Zabawne było to, że gdy rozmawiałem z tym piętnastolatkiem, zdawał się być naprawdę obywatelem świata, a na dodatek znał też naszą muzykę. Sam powiedział, że może nagrać wiersz kiedykolwiek, miałem tylko dać mu wcześniej znać. Wiedział nawet, gdzie jest Finnvox i powiedział, że tam się spotkamy.

Profesjonalizm młodego Sama Hardwicka wywarł na Tuomasie ogromne wrażenie. – Kiedy przyjechał do studia, musiałem go poprosić, by poczekał jakieś dziesięć minut, a on po prostu wyciągnął sobie książkę z kieszeni i zaczął czytać – mówi Tuomas. – Dałem mu wiersz, który przeczytał parę razy. Następnie trochę go zmieniliśmy, a Sam usiadł sobie na podłodze i znów zaczął czytać, po czym poprosiłem go, by przeczytał wiersz jeszcze z parę razy.

– Kiedy zacząłem mówić o jego honorarium, nie chciał nic o tym słyszeć. Powiedział tylko „w porządku, było fajnie”. Nalegałem, by dać mu przynajmniej parę setek marek, a potem sobie poszedł. Bardzo zagadkowy młody chłopak, ale również naprawdę profesjonalny i sympatyczny. Później nagrał też dla nas początek do „Bless The Child” i raz jeszcze wszystko poszło jak z płatka. „Dead Boy’s Poem” okazało się być swego rodzaju sygnaturą zespołu, a po premierze Wishmaster kawałek ten został wybrany na naszej stronie internetowej jako nasz najlepszy utwór. Zdecydowanie jest w niej coś, co nas definiuje, a – przynajmniej dla mnie – sam wiersz jest najlepszym punktem piosenki. Zatem Sam Hardwick wiele wniósł do naszej muzyki.

Dla Tuomasa „Dead Boy’s Poem” to bardzo osobista piosenka. – Pomysł na nią wpadł mi do głowy. gdy zacząłem myśleć: „jeśli jutro umrę, jaką wiadomość chcę po sobie pozostawić?” – wyjaśnia Tuomas. – W utworze chodzi o przeprosiny i podziękowania dla tych, którzy na to zasługują – i podobnie o mówienie tym, którzy na to zasługują, by się odpieprzyli. To coś w rodzaju testamentu. Musiałem napisać taką piosenkę, na wypadek gdybym faktycznie miał jutro umrzeć. Finowie rzadko przepraszają i dziękują, a ja przynajmniej mogłem to zrobić poprzez muzykę.

– Wciąż mieszkam z rodzicami, którzy są najlepszymi ludźmi na całym świecie, ale nigdy nie byłem w stanie powiedzieć im tak naprawdę, co o nich myślę – wyznaje Tuomas. – Może jeżeli posłuchają tego utworu i przeczytają tekst, to zrozumieją, że jest on częściowo również o nich. To jest również utwór o moich przyjaciołach i o Nightwish, zespole, który stał się znaczącą – jeśli nie najbardziej znaczącą – częścią mnie w przeciągu ostatnich kilku lat. Członkowie zespołu są dla mnie naprawdę ważni, ale jako Finowi trudno jest mi okazywać swoje uczucia. Wolę napisać piosenkę, taką jak „Dead Boy’s Poem”, i poprosić ich o wysłuchanie tekstu, bo po prostu nie jestem w stanie tego powiedzieć na głos. Jest to bardzo osobisty utwór i sądzę, że ma najlepszy tekst, jaki kiedykolwiek byłem w stanie napisać. Muzycznie jest równie świetny, zdecydowanie najlepszy na Wishmaster – może i nawet najlepszy ze wszystkich utworów Nightwish.

To, że Tuomas wyraża swoje uczucia poprzez muzykę, nie uszło uwadze Tarji. – Siła melodii – i fakt, że muzyka może być piękna nawet w swojej najostrzejszej formie – zawsze wiele znaczył dla Tuomasa – mówi Tarja. – On jest w stanie pokazać wszystkie swoje uczucia w swej muzyce. Uważam, że jest bardzo odważny, bo nie każdy byłby w stanie zrobić to samo. Może z wyglądu nie jest macho, ale jeśli chodzi o muzykę, to dla niego wszystko albo nic.

Album został ukończony w rekordowym czasie, ale problemy pojawiły się już przed jego publikacją. – Zanim Wishmaster został wydany wiosną, było wielkie zamieszanie z pirackimi kopiami – wspomina Tuomas. – Album miał się ukazać 22 maja, a w międzyczasie Spinefarm prowadziło dużą kampanię reklamową – na przystankach autobusowych porozwieszane były wielkie plakaty i tak dalej. Ale na początku maja poinformowano nas, że nasz nowy album dostępny już jest w internecie i na zagranicznych rynkach w Wyborgu w Rosji i Tallinnie w Estonii. Z tego właśnie powodu centrum handlowe Anttila w Lappeenranta (fińskie miasto blisko granicy z Rosją) zamówiło z góry tylko dziesięć kopii albumu, ponieważ ludzie poinformowali ich, że nie kupią płyty, bo zrobili to już w Wyborgu! To nas cholernie zszokowało – sam nawet jeszcze nie miałem własnej promocyjnej kopii, a ludzie już sobie gdzieś sprzedawali album. Jak to było możliwe?

Był to pierwszy taki incydent, gdy rosyjscy piraci muzyczni i maniacy P2P wykorzystali fiński rynek muzyczny i zdołali dostać płytę w swoje ręce przed jej oficjalną premierą. Oczywiście Riku Pääkkönen ze  Spinefarmu nie był zadowolony z takiego obrotu sprawy.

– Pirackie kopie płyty napływały już z Rosji i Tallinnu – stwierdził wtedy Pääkkönen w oświadczeniu prasowym. – W dodatku jakieś dwadzieścia stron internetowych, nawet te na serwerach największego fińskiego usługodawcy, oferowało płytę do ściągnięcia za darmo. Promocyjne kopie były już wtedy przez jakiś czas w dystrybucji i najwyraźniej niektóre z nich musiały wpaść w łapska ludzi zamieszanych w piractwo i nielegalną dystrybucję muzyki w internecie.

Niekóre z tych stron zostały w efekcie zamknięte, ale oficjalna premiera płyty musiała być przełożona na wcześniejszą datę. Już wtedy Pääkkönen wyliczał, że piractwo kosztować będzie wytwórnię około 20% całej sprzedaży Wishmaster. Zrozumiałe jest to, że Tuomas również był zdenerwowany. – Oczywiście to były tylko szacunkowe liczby, co nie zmienia faktu, że byłem cholernie wkurzony. Na szczęście udało nam się to odkręcić i zdobyć choć trochę pozytywnego rozgłosu. Kampania z plakatami nie wypaliła, ale na szczęście cała ta afera przyniosła nam sporo rozgłosu i dzięki ludziom ze Spinefarm udało nam się z tego wyjść obronną ręką.

Z czasem nawet złość Pääkönena opadła. – Jakby sobie nad tym pomyśleć, to ten ewenement miał mały wpływ na sprzedaż, mówimy tu tylko o kilku setkach egzemplarzy – mówi. – Ale wiadomo, wydaniu nowej płyty zawsze towarzyszy pewien urok nowości i otoczka tajemnicy, a jeżeli tego nie ma, to odbiór jest o wiele uboższy. Nawet te parę setek kopii było w stanie pozbawić wszystkich frajdy.

Fakt, iż płyta Nightwish dostała się na czarny rynek, był kolejnym znakiem, że zespół staje się coraz bardziej znany. Cały naród zdawał się wstrzymać oddech w oczekiwaniu na nowy album i w dzień swojej premiery, 8 maja 2000 roku, Wishmaster wszedł na listy jako numer jeden. W czerwcu Soundi nagrodził nową płytę czterema z pięciu gwiazdek.

 

            Nightwish dorósł. Na początku kariery zespół przyciągał uwagę ze względu na ich ekscentryczność i szokującą kombinację muzycznych stylów: jeszcze nigdy przedtem zespół grający melodyjny power metal nie mógł się pochwalić operową śpiewaczką jako swoją główną wokalistką i ta nowoczesność pomogła zapoczątkować sukces Angels Fall First i Oceanborn. Choć Oceanborn to dobra płyta, piosenki wciąż bywały zaaranżowane w dziwaczny sposób, a pompatyczne, lecz i przytłaczające wokale niekoniecznie wpasowywały się gładko w całość. Na Wishmaster aranżacje są na zupełnie innym poziomie. Głos Tarji w całości pasuje do muzyki, bo ograniczyła wysokie rejestry, a jej śpiew został wykorzystany dla dobra piosenek, a nie samego śpiewania. Wokale zostały wykorzystane w bardziej tradycyjny, rockowy sposób niż przedtem – można długo słuchać Wishmaster, zanim słowo „opera” w ogóle przyjdzie na myśl. Z powodu tych zmian potrzeba użycia niskiego męskiego wokalu znacząco się zmniejszyła – Ike Vil pojawia się w „The Kinslayer” nie po to, by growlować, lecz by zaoferować parę chorych partii mówionych. Dzięki samym tym zmianom wokalnym płyta Wishmaster powinna zostać okrzyknięta najdojrzalszym albumem zespołu do tej pory.

            Na płycie zespół odłożył na bok dobrze znane im motywy. Teksty o jednorożcach, faraonach, aniołach i wilkach ustąpiły miejsca tym o grzechach, miłości, honorze i religii. Poza nową tematyką album jest też przyozdobiony wyśmienitymi metaforami: „Listopad w maj się na twej twarzy zmienia” (Come Cover Me), „Nie ma kapłana, który wymodliłby mi niebo” (Bare Grace Misery). Jest nawet zabarwienie erotyczne, obecne, gdy Tarja śpiewa „She Is My Sin”: „Na łące grzesznych myśli każdy kwiat jest idealny”. Nie trzeba dodawać, że ten nowy styl pasuje do nich – a zwłaszcza do wokali Tarji – zdecydowanie bardziej, a zespół zyskuje na wiarygodności, porzucając komiczną tematykę „miecza, stali i braterstwa” zbyt dobrze znaną z setek innych albumów powermetalowych (choć utwór tytułowy i „FantasMic” wciąż skłaniają się ku motywom fantasy).

            W tym punkcie ich kariery byłoby śmieszne, gdyby zespół zredukował swoją trzecią płytę do prostego ataku podwójnej stopy. Na szczęście zmysł wyczucia stylu rozwinął się w zespole pod każdym możliwym względem. Nie ma potrzeby podkreślania metalowego statusu zespołu, chociaż na albumie jest też trochę starej dobrej heavymetalowej młócki. Wspaniałe refreny i wersy są ze sobą zgrabnie i mocno splecione, a unikanie przesadnych notacji się opłaciło – skromny początek „Two For Tragedy” rozwija się do zapierającego dech w piersi, pięknego romansu. Emppu Vuorinen również zasługuje, by o nim tu wspomnieć, bo jego wyczucie rytmu i stylu stwarza dźwięk, który jest mocny i dziki, spokojny i przyjemny, a to wszystko w idealnych proporcjach. „Bare Grace Misery” to przykład odwagi zespołu: nikt nie sądził, że Nightwish kiedykolwiek stworzy tak popową piosenkę.

            Wishmaster wyróżnia się racjonalnością i ambicją. Zespół zdał sobie sprawę z możliwości dotarcia do szerszej publiczności i poświęcił się temu celowi bez utraty swojej tożsamości. Uchyliłbym przed Nightwish kapelusza, gdybym tylko go miał.

– Antti Mattila, Soundi 6/2000

 

Recenzja Soundi zakreślała dokładny obraz zalet Wishmaster, nieoczywisty jednak dla samych członków zespołu. Choć Tarja sądzi, że Wishmaster jest dojrzalszy od Oceanborn, inni nie wydawali się uważać go za arcydzieło. Jeżeli chodzi o produkcję i dźwięk, album jest definitywnie potężniejszy od poprzednich, ale w opinii Tuomasa to krążek, który „głównie poprawia błędy z Oceanborn”.

Pozytywna opinia Tarji na temat płyty może mieć wiele wspólnego z faktem, iż podczas nagrań zaczęła zdawać sobie sprawę ze swoich celów jako wokalistki. Powoli odkrywała swoją tożsamość w dziedzinie śpiewu i przeprowadzka do Karlsruhe w Niemczech była dla niej ulgą w wielu kwestiach. – W Niemczech byłam respektowana zarówno jako śpiewaczka klasyczna, jak i wokalistka Nightwish – mówi Tarja. – Różnica w podejściu była znacząca. Wiadomo, scena muzyczna w Finlandii jest znacznie mniejsza niż w Niemczech, gdzie wiele różnych wokalistek klasyfikowanych jest jako „klasyczne”, podczas gdy w Finlandii byłam w zasadzie tą dziwaczną dziewczyną. Ale zdałam sobie sprawę z tego, jaką jestem wokalistką i to jest najważniejsze. Już nie muszę niczego udowadniać, ten kryzys jest już za mną.

Podczas studiowania w Niemczech Tarja udzielała również wywiadów. – Miałem biuro w domu – wspomina Boggi Kopec z Drakkar. – Był to duży, stary dom otoczony małym ogrodem, którym się opiekowałem. Pewnego dnia Tarja była w biurze, by udzielić wywiadów i powiedziała mi, że naprawdę potrzebuje ćwiczyć do szkoły. Powiedziałem jej, że jeżeli chce, to może śpiewać w biurze w soboty, kiedy jest zamknięte. Akurat w tym samym czasie mogłem zająć się ogrodem. I tak oto ja pochylałem się nad grządkami, a ona śpiewała w moim domu. Brzmiało to fenomenalnie – byłem dumny, bo śpiewała głośno jak cholera! Dla osoby związanej ze sceną thrashmetalową, takimi zespołami, jak Kreator i Sodom, to było coś specjalnego i niezapomnianego.

Jeden z najzabawniejszych epizodów w karierze zespołu również miał miejsce w tym czasie. – Nagraliśmy „Sleepwalker” na konkurs Eurowizji – mówi Tuomas. – W 1998 roku oglądałem transmisję z konkursu w domu z mamą i akurat leciała grupa Edea. Powiedziałem ‚Mój zespół wystąpi tam za dwa lata. Chcesz, żebym to napisał na papierze i zapieczętował dla ciebie w kopercie?’ Mama powiedziała, że i tak to zapamięta. Dwa lata później Nightwish był w finałach fińskich eliminacji. Nie pamiętam już, jak ten pomysł wpadł mi do głowy, ale czułem, że jesteśmy tak dziwnym zespołem, iż możemy zrobić wszystko, nawet wziąć udział w Eurowizji.

Tuomas trzyma się swojego pomysłu: – Wiem, że to było kontrowersyjne posunięcie, ale w głębi serca czułem, że to dobra rzecz. Tylko Jukka był ze mną od samego początku. Tarja była przeciwko, Emppu był przeciwko, Sami był przeciwko – i mieli swoje powody. W końcu Emppu zgodził się to zrobić, ale tylko jeśli pod żadnym warunkiem nie wystąpimy pod nazwą Nightwish. Było naprawdę ciężko i o mały włos nie wybuchłaby wojna w zespole. Tarja mówiła, że jej wiarygodność jako klasycznej wokalistki by ucierpiała, gdyby wzięła udział w Eurowizji, co jest całkowicie zrozumiałe, zaś Emppu i Sami martwili się o swój wizerunek rockandrollowy. Ale Jukka i ja nie daliśmy za wygraną.

Tarja była totalnie przeciwko udziałowi w Eurowizji. – Było tak ze względu na moje klasyczne studia i z powodu, iż występ Edei, która brała udział w konkursie przed nami, zakończył się klapą. Nie chciałam skończyć jak Marika Krook (fińska wokalistka). Zajęło jej ładnych parę lat, by znów traktowano ją poważnie jako klasyczną śpiewaczkę po jej występie w Eurowizji.

– Pamiętam, że byłam wtedy zajęta projektem Evangelicum – ciągnie dalej Tarja. – Miałam swoje mieszkanko dokładnie naprzeciwko opery, gdzie zadzwonił do mnie Tuomas, by powiedzieć mi, że dostaliśmy się półfinałów. Wybuchnęłam wtedy płaczem! Krzyczałam przez telefon „Do diabła, nie, ja nigdy tego nie chciałam!”. Tuomas trochę spanikował i powiedział „Tak czy siak się dostaliśmy”. Potem się rozłączył.

Tarja, Emppu i Sami zdusili w sobie złość i postanowili jak najwięcej wyciągnąć z tej sytuacji. – No dobra, byliśmy w drodze do Londynu by nagrać tę piosenkę – wspomina Tarja. – Było całkiem zabawnie. Producent (Merv de Peyer) przez cały czas coś palił. Z początku wydawał się być sztywniakiem. Musiałam śpiewać w tym samym pomieszczeniu, w którym palił, cokolwiek to było. To było małe i obskurne studio na obrzeżach Londynu. Ale im więcej on tego palił, tym bardziej wszystko zdawało się jakoś lepiej brzmieć – i nie tylko dla jego uszu, ale i dla naszych! Zaaranżowaliśmy kawałek tak, by wydobyć z mojego głosu moje ówczesne możliwości. Rany, to była okropna piosenka – a ludzie mieli nawet tupet, by na nią głosować! Ale myślę, że to było całkiem nowe doświadczenie i nie zrujnowało naszej reputacji, mojej ani niczyjej innej. Właściwie wszystko potoczyło się całkiem dobrze, bo wygraliśmy głosami widzów i to było świetne. Ale ostatecznie nie musieliśmy jechać do Globen Arena w Szwecji – dzięki Bogu.

Jukka przyznaje, że nie zawracał sobie głowy tym, co ludzie powiedzą. – Po prostu myślałem sobie, że jeżeli ktoś nie kupi naszego kolejnego, świetnego albumu metalowego dlatego, że wzięliśmy udział w Eurowizji, to co z tego, mam to gdzieś. Wtedy miałem już wystarczająco dobrą samoocenę i pewność siebie, by robić to, co chciałem i się tego trzymać.

„Sleepwalker” dotarł do półfinałów. W wywiadzie dla gazety Karjalainen Tuomas powiedział, że nawet jeśli są tam znane elementy, to piosenka nie jest typowym kawałkiem Nightwish. został Napisany przez Tuomasa „Sleepwalker” zaaranżowany został przez cały zespół i wśród niektórych z bardziej obcych elementów były między innymi delikatnie zapętlone bębny w tle. Pomysł, by Merv de Peyer był producentem piosenki, należał do wytwórni.

– Merv wniósł do kawałka parę swoich pomysłów, jak np. pętle perkusyjne i inne komputerowe elementy – powiedział Tuomas dziennikarzowi. – To było zupełnie nowe podejście do sprawy. Merv to dobry facet , który pracował między innymi z Geri Halliwell czy Primal Scream.

Według Tuomasa, choć konkurs Eurowizji był przekleństwem wśród metalowców w całym kraju, Nightwish dostał naprawdę niewiele krytyki za to zboczenie ze ścieżki. Zdaje się, że jeszcze raz to sam Tuomas jest swoim najgorszym krytykiem. – Niezaprzeczalnym faktem jest to, że to jeden z naszych najgorszych kawałków – śmieje się. – Zasady nie pozwalały, by piosenka była dłuższa niż trzy minuty, a ja po prostu nie potrafiłem napisać dobrego utworu, który zmieściłby się w takim limicie.

Publiczność myślała jednak w inny sposób i dzięki jej głosom piosenka dostała się do fińskiego finału. Potem jednak zespół doświadczył ogromnej niesprawiedliwości.

Po pierwszej rundzie STT (fińska agencja wiadomości) poinformowała:

      Prawie 200 piosenek zostało zgłoszonych do reprezentowania Finlandii w pierwszym konkursie Eurowizji w nowym tysiącleciu, a z nich profesjonalne jury wybrało dwanaście, by konkurowały ze sobą w fińskich półfinałach.

      Wykonawcy i piosenki w półfinałach to: Arcadio („Rauhan saan”), TNP („From The Heart”), Sisterhood („Ordinary Life”), Sanna Kurki-Suonio („Laulaja”), Nina Åström („A Little Bit”), Nylon Beat („Viha ja rakkaus”), zespół z Kitee, Nightwish („Sleepwalker”), The Respectors („Flower Child”), Anna Eriksson („Syliisi sun”) oraz Ultra Bra („Kaikki on hetken”). Wykonawcy piosenek „You Can’t Have Everything (But You Got Me)” i „Taivas aukeaa” nie są jeszcze znani.

Z dwunastu półfinalistów wyemitowanych w radio słuchacze wybrali sześciu artystów, którzy wzięli udział w transmitowanym w telewizji finale. Po ich występach jury przyznało punkty każdej piosence. Wygrał duet dziewczyn, Nylon Beat. Następnie był czas na głosy publiczności.

– Przed naszym występem Olli Ahvenlahti (członek jury i fiński dyrygent) przyszedł do nas, by powiedzieć, że piosenka naprawdę mu się podoba i ma nadzieję, że wygramy – mówi Tuomas. – Oczywiście chcieliśmy być w finałach, więc porażka była małym rozczarowaniem – ale tylko przez parę godzin, bo kiedy nadeszły głosy publiczności, zupełnie nam to wszystko wynagrodziły.

Głosy publiczności uczyniły Nightwish niekwestionowanym zwycięzcą – różnica między nimi a kolejnym zespołem wyniosła aż 7 687 głosów. Fiński reprezentant miał być wybrany po przez dodanie wszystkich głosów tak, by głosy publiczności stanowiły 65% ostatecznego wyniku, a głosy jury resztę, ale gdy wszystkie głosy zostały zliczone – a to ci niespodziankaNina Åström z piosenką „A Little Bit” okazała się być zwyciężczynią. Nikt, ani jury, ani publiczność, nie był zadowolony z tego wyniku i w 2002 roku system punktacji został zmieniony, by zapewnić uniknięcie podobnego bałaganu w przyszłości. Podczas Eurowizji w Szwecji Nina Åström kontynuowała tradycję chwalebnych porażek Finlandii: zdobywając 18 punktów, zajęła dwunaste miejsce wśród dwudziestu czterech wykonawców.

– Sędziowie byli naprawdę zawstydzeni, kiedy wyniki zostały ogłoszone – śmieje się Tarja. – Mimo wszystko ludzie biorą ten konkurs bardzo na poważnie – jeżeli nie wygrasz, to będziesz się dławić swoimi łzami i unikać wszelkich komentarzy. To było niesamowite być świadkiem całego tego cyrku, bo byliśmy tam tylko po to, by dobrze się bawić i obserwować fińską śmietankę towarzyską.

Nightwish mógł być uczciwie nazwany moralnym zwycięzcą finału. Z sześciu uczestników my dostaliśmy najmniej głosów od jury, a najwięcej od publiczności – z ogromną przewagą – mówi Tuomas. – Dostaliśmy prawie dwa razy więcej głosów publiczności niż ci z drugiego miejsca. Następnie bardzo długo liczyli głosy i skończyliśmy na trzecim miejscu. Kiedy siedzieliśmy sobie w lobby, manager i chłopak Anny Eriksson przyszedł ze swoją tyradą, że w jakiś sposób zmanipulowaliśmy głosowanie widzów, że nie było opcji, by ktoś dostał aż tyle głosów. Anna Eriksson była druga, a głosowała na nią cała jej wytwórnia! Manager i chłopak szalał z wściekłości i dziennikarze z tabloidu 7 päivää od razu się pojawili. Po prostu świetnie!

Cały epizod z Eurowizją wkrótce popadł w niepamięć jako po prostu dziwne wydarzenie w karierze zespołu. – Nikt z nas nie oczekiwał wielkiego przełomu w naszej karierze dzięki temu konkursowi ani nic z tych rzeczy – mówi Tuomas. – W zasadzie po prostu sraliśmy na konserwatywną scenę muzyczną Finlandii. Ufałem, że ludzie to zrozumieją i jeżeli głosy publiczności to coś, na czym można się oprzeć, to zrozumieli. Chylę za to przed nimi czoło. Zrozumieli, że wzięliśmy udział z czystymi intencjami, ale nie traktowaliśmy się tak cholernie poważnie. Konkurs Eurowizji to najprawdopodobniej najnudniejsza, najbardziej konserwatywna i skorumpowana instytucja w świecie muzyki. Chcieliśmy choć w małym stopniu to pokazać i całkowicie się nam to udało.

Tak czy owak, zespół zyskał ogromną uwagę dzięki swemu brawurowemu posunięciu. – Zdobyliśmy tyle rozgłosu, że to było aż śmieszne – mówi Jukka. – Ale wracając do tego myślami, cieszę się jednak z takiego obrotu spraw. Tarja się zgadza: – To było dla nas małe zwycięstwo – zespół metalowy gładko wygrywający głosowanie. Cieszę się, że tak to poszło.

Według Riku Pääkkönena udział w Eurowizji był decydującym zwrotem w karierze zespołu. – Dość długo się nad tym wahaliśmy, bo wszystko to zdawało się nieco zbyt dzikie, ale okazało się to mieć niewiarygodny wpływ na ich karierę. To było to, co zaczęło przyciągać ludzi spoza sceny metalowej i prawdopodobnie stworzyło to korzystne warunki dla sukcesu Wishmaster. Oczywiście również wiele zainwestowaliśmy w produkcję nowej płyty, jej reklamę i tak dalej.

Muzycznie Wishmaster był wyraźną kontynuacją Oceanborn, pomimo popowych elementów dobrze widocznych między innymi w „Come Cover Me” i „Bare Grace Mistery”. Uderzenie podwójnej stopy, kultywowane przez „prawdziwe” niemieckie zespoły metalowe, ustąpiło miejsca bardziej wyrafinowanemu podejściu i tylko aranżacje „Crownless” i „Wanderlust” mogą być porównane do utworów z Oceanborn. Na Wishmaster Tarja kontynuuje śpiew techniką klasyczną, a jej głos brzmi w sposób nieco ograniczony w porównaniu do dwóch następnych albumów. W 2000 roku jednak nikt nie wiedział o popowych niuansach, które była w stanie wydobyć ze swojego głosu.

Masywny dźwięk na Wishmaster nie został osiągnięty tylko i wyłącznie dzięki poprawie w produkcji. Takie nagrania, jak „She Is My Sin”, „Wishmaster” czy „FantasMic”, utwór zadedykowany Disneyowi, dowodzą, że zrozumienie przez zespół muzycznej dramaturgii i dynamiki znacznie wzrosło. Na Wishmaster gatunek metalu symfonicznego znajduje swój nowy standard.

Tuomas się nie zgadza. – Ze wszystkich naszych albumów Wishmaster jest czymś w rodzaju etapu przejściowego – mówi. – W odróżnieniu od Oceanborn nie oferuje niczego nowego. Jest wyprodukowany w troszkę lepszy sposób, a utwory są tak samo dobre, jak na Oceanborn, ale generalnie to tylko kontynuacja Oceanborn, która brzmi potężniej.

Chociaż niektóre utwory na Wishmaster poruszały kwestie osobiste, to Tuomas w wywiadzie powiedział, że dzięki motywom dziewczynek z zapałkami, zabójców smoków i feniksów to album, który oddaje hołd światu fantazji.

Dojrzały i pewny siebie zespół pozował do nowej sesji promocyjnej, flirtując już z estetyką gotycką. Teraz image Tarji ucieleśniał dramaturgię, której pragnął Tuomas już na początku istnienia zespołu. Stylowy makijaż młodej kobiety i wygląd diwy, osiągnięty dzięki wysokim obcasom, fryzurze, koronkowym rękawom i futrzanemu boa, stwarzały wokół niej mistyczną aurę. To było faktycznie znaczące ulepszenie image’u – i ogromny kontrast w stosunku do „mleczarki z piekła rodem” ze zdjęć z Oceanborn.

– Wraz z Wishmaster sprawy weszły już na wyższe obroty – mówi Ewo. – Co to był za album! Raz jeszcze nas zaskoczyli. Nightwish odbył trasę z Sinergy, a Tuomas miał na tyle miękkie serce, by zapłacić im z budżetu zespołu. Nikt z Sinergy nie pamiętał, żeby kiedyś o tym wspomnieć.

– To dzięki Wishmaster Nightwish osiągnął sukces w Niemczech i to nie bez powodu – entuzjazmuje się Boggi Kopec z Drakkar. – To jest fantastyczny album. Oczywiście Oceanborn jest równie fantastyczny, ale Wishmaster osiągnął taki sukces, gdyż, po pierwsze, zespołowi udało się odbyć swoją drugą własną trasę koncertową, z publicznością liczącą przeciętnie 800 ludzi, i to pomogło im zdobyć mnóstwo pozytywnego rozgłosu. Po drugie, ich pierwszy album sprzedał się już w ponad 20 tysiącach kopii, co dało nam wiele możliwości w Europie. To tylko niektóre powody, dzięki którym Wishmaster wszedł do TOP 40 w Niemczech. To wszystko, razem z odrobiną szczęścia, zapewniło tej płycie większy sukces niż poprzedniej.

Największy magazyn metalowy w Europie, Rock Hard, wybrał w maju Wishmaster jako album miesiąca, przyćmiewający nowe krążki Bon Jovi i Iron Maiden. Na początku czerwca Wishmaster pokrył się w Finlandii złotem i tylko dwa tygodnie później zdobył miejsce dwudzieste drugie w Niemczech. Koncert z okazji wydania albumu miał miejsce 20 maja 2000 roku w Kitee i tego wieczoru zespół otrzymał swoje pierwsze cztery Złote Płyty. Oprawione krążki zostały wręczone za wyniki sprzedażowe Oceanborn oraz singli Sacrament Of Wilderness, Walking In The Air i Sleeping Sun.

Podczas koncertu w Ice Hall w Kitee Nightwish po raz pierwszy w swojej karierze użył wybuchów i pirotechniki. Technik oświetleniowy, Tommi Stolt, przedstawił zespołowi pirotechnika Markku ‚Pommi’ Aalto (z firmy PyroMan), który wciąż projektuje i wykonuje wszystkie ich efekty specjalne, czy to ogień, wodę czy dymy. Na pomysł, by wzbogacić show o nowy element, wpadł sam Tuomas, który jest wielkim fanem fajerwerków.

Pirotechnika działała jak marzenie, ale pozostali członkowie ekipy nie mieli tak łatwo. Tommi Stolt i główny inżynier dźwięku Ari Sumi rwali sobie włosy z głów. Stolt dzieli się z nami swoimi przeżyciami. – Po staraniach, krzykach, łzach i walce w końcu udało mi się zdobyć trochę sprzętu z dyskotekowej wypożyczalni w Kuopio. Na koniec i tak się okazało, że wciąż nie miałem takiego sprzętu, o jaki prosiłem. Miałem mieć jakieś setki reflektorów. Dostałem nic nie warte gówno. Jukka przyszedł zobaczyć, jak się rzeczy miały i zauważył, że w ogóle nie mieliśmy tyle sprzętu, ile wcześniej było uzgadniane. W końcu wykonaliśmy więc parę stanowczych telefonów i w końcu ten spec od świateł z wypożyczalni przywiózł więcej sprzętu. Myślę, że Sumi miał nawet więcej problemów niż ja.

Definitywnie ktoś odwalił fuszerkę i to na Sumiego spadły wszystkie tego konsekwencje. – Elektryk miejski z Kitee nie skończył swojej roboty – śmieje się Tommi Stolt. – Przed koncertem zapytałem Sumiego: „Dlaczego maszyna wytwarzająca dym jest włączona?”. Sumi nie zrozumiał, o co mi chodzi. „Po prostu się zastanawiam, dlaczego twój główny wzmacniacz się dymi!”. Biedny Sumi latał wokoło jak piłeczka pingpongowa. Na szczęście sprawdziłem to na własnym mierniku napięcia, bo przez kable płynęło 400 amperów – a to nieco więcej, niż doktor zalecił!

– Połowa mojego nagłośnienia, stolik kontrolny, minidysk i monitor wysiadły – wścieka się Sumi. – Potem nastąpił pierwszy wybuch. Byłem tak zmęczony, że nawet nie pamiętałem o pirotechnice, więc kiedy usłyszałem pierwsze uderzenie, to pomyślałem, że wraz z tym poszła cała reszta sprzętu – na dobre. Niezła tu impreza.

– Cała scena podskoczyła w powietrze – chichocze Kimi Tuunainen. – To było coś w rodzaju bomby ciśnieniowej. Zespół się przestraszył i przez chwilę przestał grać.

Dla fanów i krytyków, nieświadomych problemów technicznych, koncert był ogromnym sukcesem. Dziennikarka Sounna Kononen napisała o tym odświętnym koncercie w gazecie Karjalainen 22 maja:

 

Wielkie brawa dla Nightwish, zespołu, który osiągnął w ciągu czterech lat więcej niż niejeden w ciągu czterdziestu. Kto by pomyślał te parę lat temu, że wiosną 2000 roku ci młodzi rockmani ze środkowej Karelii będą mieć już na swoim koncie trzeci studyjny album i będą szykować się do trasy koncertowej po Ameryce Łacińskiej? To, co zaczęło się  jako projekt poboczny, jest teraz prawdziwym zespołem – wielkim zespołem – z twarzą swojej wokalistki na plakatach w całej Finlandii, ze swoim najnowszym albumem na pierwszym miejscu fińskiej listy i swoją muzyką wychwalaną w Niemczech.

            Koncepcja zespołu jest świetna i nie ma nic wspólnego z żadnymi wyliczeniami: kombinacja melodyjnego metalu, tekstów o światach fantasy i wokalu operowego po prostu się podoba różnorodnej publiczności, od młodych metalowców do studentów akademii muzycznych, od fanów Tolkiena i moli książkowych do weteranów Rock’a, którzy zespołu pokroju Uriah Heep i Rainbow znają na wylot. Dodajmy jeszcze mainstreamowych nastolatków, których serca i radia samochodowe zawsze nastawione są na listy przebojów oraz dorosłych, którzy uważają Nightwish za bardziej artystyczny niż zwykła rockowa muzyka i robi się z tego dość niezwykłe zbiorowisko fanów.

            Można to było bardzo wyraźnie zobaczyć podczas sobotniego koncertu z okazji wydania Wishmaster. Ice Hall w Kitee nie była wypełniona po brzegi, ale gdy tylko zaczął się pierwszy utwór, „She Is My Sin”, można było poczuć miłość i uwielbienie publiczności. Niewiele zespołów jest tak entuzjastycznie witanych.

            Ludzi jeszcze bardziej rozgrzały starsze utwory, jak na przykład „Elvenpath”. Podczas ballady „Walking In The Air” zapłonęły zapalniczki, a na Tarję Turunen spadał papierowy śnieg. To było miłe dopełnienie koncertu, który poza tym opierał się na dymach, pirotechnice i światłach. W Turunen zespół ma liderkę, która wygląda, jakby się urodziła w skórzanych jeansach i topie – z taką łatwością dominuje na scenie. Jest jak kobieca wersja Ilkki Alanko (z fińskiego zespołu Nelja Russua), której charyzma sprawia, że krasnale Królewny Śnieżki bezpiecznie mogą skupić się na graniu.

 

Koncert w Kitee rozpoczął letnią trasę koncertową Nightwish po Finlandii w 2000 roku. Wkrótce było jasne, że ich nowy rozbudowany dźwięk będzie wymagał więcej sprzętu niż poprzednio. Po Oceanborn Tero po prostu puszczał efekty z twardego dysku zawierającego tylko potrzebne elementy i nic więcej i jeśli on albo zespół nie trafili w odpowiedni moment, co według Jukki dość często się zdarzało, to efekt końcowy niekoniecznie pokrywał się z oryginałem. Do bębna basowego Jukki dołączono światło LED migające w rytm utworu, dzięki czemu był on w stanie kontrolować tempo każdego kawałka za pomocą tego gadżetu. Na początku swojej kariery zespół wspierał się playbackiem głównie przy wokalach pobocznych, ale przy Wishmaster potrzeba wykorzystania dodatkowych nagrań znacząco wzrosła.

Nowe piosenki miały rozbudowane chóry i partie orkiestralne i zaaranżowanie ich na zwykłe, rockowe instrumentarium zmieniłoby charakter muzyki i znacząco zmniejszyłoby jej dramatyczny wydźwięk. Dzięki cyfrowym ścieżkom dźwiękowym Nightwish był w stanie wystawić bardziej dramatyczne widowisko, ale jednocześnie został zmuszony do grania koncertów według z góry ustalonej formuły.

Jednolita jakość koncertów sama w sobie jest dobra, jednak używanie playbacku może być dość ograniczające dla muzyków. Kiedy zaprogramowana orkiestra wybrzmiewa z głośników, nie ma miejsca na improwizację czy zabawne ozdobniki. To mógł być właśnie powód, dla którego Nightwish był czasem obwiniany za sztywność na scenie podczas trasy Wishmaster. Niektórzy nawet złośliwie sugerowali, że nawet niektóre partie wokalne Tarji są puszczane z taśmy.

Zespół nie pamięta zbyt wiele z tych sześciu letnich tygodni koncertowania w fińskich klubach i na festiwalach, ale ich pierwszy udział w wielkim europejskim festiwalu, Wave Gotik Treffen w Niemczech, był niezapomniany – aczkolwiek nie na tle muzycznym.

– To musiał być nasz pierwszy festiwal w Europie – wspomina Tero Kinnunen. – Cały dzień piliśmy w samolocie, a po lądowaniu kupiliśmy na lotnisku jeszcze więcej alkoholu, bo przed nami była jeszcze godzina podróży do hotelu. Piliśmy przez cały ten czas, a kiedy już dotarliśmy do hotelu, byliśmy tak zalani, że po prostu rozeszliśmy się do pokoi – wszyscy prócz Sumiego, który odłączył się od nas i zataczał się potem samotnie po hotelu. Miał pójść do swojego pokoju na dwunastym piętrze, ale przypadkiem wsiadł do windy dla personelu. Nieważne, jak bardzo próbował, po prostu nie był w stanie znaleźć przycisku dwunastego piętra. Długo wpatrywał się w te przyciski, aż w końcu zdecydował się poprosić o pomoc w recepcji.

– Zaczął bełkotać: „W mojej windzie nie ma piętra!” – śmieje się Jukka. – To do nich krzyczał, „Nie mogę znaleźć mojego piętra!”. Miła recepcjonistka zabrała go w końcu do windy dla gości i nagle wszystko nabrało dla niego sensu. Tero ciągnie dalej ten wątek: – Zabrałem Sumiego do jego pokoju i położyłem do łóżka. Powiedział, że nie przyjdzie na obiad, bo jest zbyt zmasakrowany. W którymś momencie jednak obudził się sam w pokoju i zaczął dłubać przy telewizorze. Najwyraźniej nie potrafił wpaść na to, jak go włączyć, więc zadzwonił do recepcji i zażądał: „Potrzebuję tu speca od telewizorów!”. Ta, nasz inżynier dźwięku nie wiedział, jak obsługiwać telewizor! W końcu ktoś przyszedł z recepcji, wcisnął przycisk włączający i podał Sumiemu pilota.

Festiwal w Niemczech był tylko rozgrzewką dla zespołu. Kilka tygodni później Nightwish wyruszał już w swoją pierwszą trasę po Ameryce Południowej. Podróż ta miała mieć zgubne konsekwencje dla ich przyszłości.

You may also like...