Recenzja Human. :║: Nature.

Zapraszamy do przeczytania szczegółowej autorskiej recenzji 9. studyjnego wydawnictwa Nightwish, albumu Human. :║: Nature..

Human. :║: Nature. to album, który można zrecenzować dwojako. I niech tak będzie. Zacznijmy po kolei, od standardowej recenzji albumu.

Human. :║: Nature. to dziewiąty studyjny album zespołu Nightwish, który od lat święci sukcesy na międzynarodowej arenie metalowej. Swoją premierę, wyczekiwaną przez fanów od pięciu lat, krążek miał 10 kwietnia. Bla, bla, bla.

I tu, pomijając kolejne serie biograficznych faktów, fanowskich ochów i achów oraz przydługich banalnych opisów tego, co każdy sam może usłyszeć, odpalając sobie album, przejdźmy do zakończenia w formie do wyboru:

a) W związku z czym i muzycznie, i konceptualnie, jest to album wybitny.

lub

b) Jak wiele innych spośród najpopularniejszych zespołów grających symfonicznego rocka, Nightwish również upada w ostatnich latach coraz niżej. Niestety, Human. :║: Nature. koło porządnego metalu nawet nie leżało.

A teraz mniej standardowo, część druga, w której będę się czepiać szczegółów. Będę się czepiać dlatego, że Nightwish to zespół, który towarzyszy mi przez ponad połowę życia i dlatego, że jest jednym z najbardziej znanych w swojej kategorii. To powoduje, że nie tylko znam bardzo dobrze całą twórczość zespołu i większość pobocznych projektów jego członków, ale też stawiam temu albumowi zupełnie inne – nieporównywalnie wyższe – wymagania, niż większości krążków. I dlatego nie będzie to takie ujęcie, jak fragment, który pojawił się wyżej.

Przy okazji premiery poprzedniego albumu w zespole nastąpiło sporo personalnych zmian. Anette ostatecznie została zastąpiona przez Floor, Jukka wycofał się i na jego miejsce zaczął grać Kai, a do kompletu dołączył na stałe Troy. I zdaje się, że raz jeszcze Tuomas pierwszy album z nowym składem potraktował jako test możliwości. Bo tak samo jak przy Dark Passion Play i Imaginaerum, tak i Endless Forms Most Beautiful i Human. :║: Nature. to dwa albumy na zupełnie różnym poziomie.

Od Human…

Music zaczyna się długim intro, pełnym pierwotnych dźwięków. Pierwszy jest odgłos przypominający trochę odległe krzesanie ognia albo uderzenia młota o kowadło. Nadaje rytm całości, jak gdyby tworząc linię czasu. Pierwszą melodię budują odgłosy dzikich zwierząt, przypominające niektóre fragmenty The Greatest Show on Earth. Dołączają plemienne bębny, potem flety, aż w końcu brzmienia instrumentów stają się bardzo elektroniczne. W końcu jest też chór i orkiestra, tworząc nowoczesne, w pełni rozwinięte brzmienie. W ten sposób w ciągu pierwszych trzech minut zostajemy przeprowadzeni przez całą historię muzyki, a za nami przecież dopiero sam wstęp.

Wokal Floor jest zaskakująco subtelny, zwłaszcza w porównaniu z tym, czym na poprzednim albumie potrafiła uraczyć słuchaczy, choćby przy Yours Is an Empty Hope. Z początku sama jest głosem muzyki, podsumowuje historię, którą wcześniej usłyszeliśmy, by potem zaprosić wszystkich do wspólnego słuchania koncertu tworzonego i przez ludzi, i naturę. Szybkie, zaskakujące melodie zwrotki przeplatają się z bardzo melodyjnym, wielogłosowym refrenem, będącym apoteozą muzyki. Nie brakuje ani intensywniejszego brzmienia z gitarami i basem, ani bardzo delikatnych momentów mariażu wokalu z pianinem. Całość nastrojem przypomina trochę Élan i dla mnie jest utworem najlepiej oddającym klimat całego albumu.

Drugim numerem jest znane już z singla Noise, z brzmieniem przypominającym trochę Shudder Before the Beautiful. Początkowa melodia nasuwa mi skojarzenie z Last Ride of the Day. I tutaj też nie brakuje zróżnicowanych wokali, zaskakującej, szybkiej melodii zwrotek. Floor tym razem sięga po brzmienie z lekką chrypką. W refrenach jest i wielogłosowość, i pianino, i wyraźna perkusja Kaia. Melodycznie przywołują na myśl Edema Ruh. Tuomas po raz kolejny wykorzystuje brzmienia dziecięcych głosów, a wyraźny bas nasuwa skojarzenie z Yours Is an Empty Hope. Skojarzeń jak do tej pory sporo. Nowością jest mocno przetworzona elektronicznie recytacja. Niestety, chociaż całość robi dobre wrażenie, trochę zbyt wiele jest tu dla mnie podobnych do wcześniejszych melodii w aranżacjach bliskich tym, w których już wystąpiły. To już znamy, tekst nie jest szczególnie odkrywczy, i Noise jako singiel wywołuje obawy, że Nightwish zaczyna zjadać własny ogon.

Następny jest Carpenter. Wróć, Shoemaker. Zanim usłyszę pierwsze dźwięki, przez chwilę zastanawiam się, czy poza skojarzeniem z tytułem pojawią się jeszcze jakieś podobieństwa do wczesnej twórczości zespołu. I widzę faktycznie w tych dwóch utworach podobne motywy: ponadczasowość, ludzkość, odwołania do jakiegoś rodzaju bóstwa. Pierwsze, co słyszę, to przytłumione dzwonki, które bardzo przypominają mi swoim brzmieniem Taikatalvi, chociaż melodia bliższa jest przerywnikowi z I Want My Tears Back. Melodia zwrotki brzmi od razu jak ze środka utworu, jakby pominięty był jakiś fragment wstępu, ale choć zaskakujące, nie przeszkadza mi to w odbiorze. Mimo że melodia jest bardzo powtarzalna, intryguje mnie niezmiernie zestawienie dość delikatnego wokalu Floor i mocnej, wybijającej się perkusji Kaia. Refreny są bardzo delikatne, a na pierwszy plan wybija się głos Troya. Słyszę na drugim planie Floor, a po chwili skupienia jestem w stanie wyłapać też głos Marko, niestety bardzo wyciszony. W instrumentalnym fragmencie słyszę… Bless the Child, i domyślam się, że za chwilę rozwinie się w coś ciekawego. Jeszcze fragment z wokalem, coś, co brzmi jak kilkusekundowy wycinek soundtracku z Piratów z Karaibów… i oto jest. Ręka do góry, kto pamięta początek Dead Boy’s Poem? Bo przez chwilę mam wrażenie, że słyszę ten sam dziecięcy głos, chociaż nagrania dzieli 20 lat. A dalej jest tylko lepiej. Floor wykorzystuje w pełni swoje klasyczne możliwości, nadając głosowi operowe brzmienie, które powoduje u mnie ciarki na całej skórze. A kiedy dołącza do niej chór męskich głosów, nie mam wątpliwości, że jest to wybitny utwór, ten, na który czekałam przez ileś lat. Diament na tym albumie. Brak mi słów, muszę złapać oddech przed dalszym ciągiem.

Niestety dalszym ciągiem jest Harvest. Tak, podobało mi się Auri, i przy intro mam wrażenie, że znowu słucham The Space Between. Potem wchodzi głos Troya, którego nie jestem w stanie kupić. Po wokalnym popisie Floor wszystkie miejsca, w których pojawiają się niedoskonałości techniki, nieidealna kontrola oddechu i lekkie załamania głosu, są dla mnie rażące dużo bardziej, niż gdy słuchałam tego utworu jako singla. Niestety, Troy na wokalu wspierającym – tak, na wiodącym – nie. Moim zdaniem nie udźwignął zadania. Wielogłosowe fragmenty są urzekające, ale jednocześnie powodują, że mam wrażenie, jakbym przez przypadek puściła piosenkę z Króla Lwa Disneya. Z kolei przy instrumentalu mam już przed oczami Floor tańczącą po scenie identycznie jak przy bliźniaczym fragmencie z My Walden. Tylko że tamten był krótszy. Ze szczytu na sam dół, już wiem, że to piosenka, którą będę przewijać przy słuchaniu. Rozumiem zamysł zachwytu życiem, melodia jest chwytliwa, ale jak dla mnie to najsłabszy punkt na całej płycie.

Uśmiecham się pod nosem, kiedy zaczyna się Pan. Mając lat naście uwielbiałam dla efektu zaskoczenia puszczać nieświadomym niczego znajomym Amaranth, w którym po delikatnym klawiszowym początku wchodziła nagle bardzo mocna perkusja i gitara. Tu słyszę bardzo podobną konstrukcję. Zaskakuje mnie po raz kolejny bardzo lekki, choć tym razem wyraziście brzmiący głos Floor na tle subtelnych klawiszy. Jest bardzo melodyjnie, urzeka mnie płynne przejście do niższych dźwięków. W wielogłosie refrenu słyszę Marko, są też wyraźne basy i perkusja. Urzeka mnie rytmiczny chór. Mocne, dwugłosowe zakończenie bardzo przypomina mi to z Yours Is an Empty Hope, choć pozbawione jest growlu. To jest naprawdę dobry numer.

How’s the Heart? rozpoczęte jest biciem serca. Podoba mi się ten pomysł. Dalej znowu słyszę coś, co brzmi jak instrumental z My Walden, a potem wokal Floor, który natychmiast przypomina mi Our Decades in the Sun. Refren brzmi trochę jak Harvest, zwłaszcza że znowu mamy mocne zestawienie Floor i Troya. Znowu sporo skojarzeń. Trochę banalnie, ale dość chwytliwie. Urzeka mnie nawiązanie do Élan, które rozpoczyna tekst drugiej zwrotki. Bardzo podoba mi się też dalszy fragment, gdzie znowu słyszymy krystalicznie brzmiącą Floor, która lekko zahacza o operową barwę, żeby zaraz potem przejść do śpiewania bardziej staccato i w zupełnie innym rejestrze. Ten efekt potęguje perkusja przypominająca mi o motywie bijącego serca z samego początku. W delikatnym powtórzeniu refrenu oprócz Floor słyszę wreszcie wyraźnie również Marko. Trójgłosowe zakończenie mnie zachwyca, zwłaszcza z niskim, ciepłym brzmieniem tego ostatniego.

Procession ma bardzo elektroniczny początek, jakby osadzało swoje rozpoczęcie gdzieś w przyszłości. Raz jeszcze Floor brzmi bardzo delikatnie na tle dołączających pojedynczych dźwięków klawiszy, i taka jest niemal całość utworu. Przypomina mi się balladowe For the Heart I Once Had. Trochę cięższego brzmienia dołącza dopiero pod koniec, kiedy rośnie też ciężar tekstu, opowiadającego o minionym już końcu ludzkości. Co jest dla mnie wyjątkowe w tym utworze to fakt, że pierwszy raz w piosence Nightwisha to tekst, a nie melodia, najbardziej przykuwa moją uwagę.

Gdybym miała opisać Tribal dwoma słowami, byłoby to mroczny i pierwotny. Interpretacja Floor trochę przypomina mi Scaretale, ale ciężkie refreny z towarzyszeniem Marko i bardzo wyraźnym basem nadają zupełnie inną barwę całości. Jest też moment, w którym słyszę coś podobnego do małpich głosów z The Greatest Show on Earth. Po raz kolejny perkusja jest bardzo wyrazista i to ona nadaje całemu utworowi bardzo plemiennego brzmienia.

Endlessness zaskakuje czymś, co kojarzy mi się z intro raczej do ballad Metalliki, niż piosenek Nightwisha. Dużo basów, dużo gitary, perkusji, i nareszcie słyszę Marko, w jego cudownie powolnej, delikatnej wersji. Rozpływam się, kiedy w refrenie dołącza do tego wspierający wokal Floor. Pod koniec przypomina mi się też jeden z ulubionych fragmentów z całego The Greatest Show on Earth. Idealne zamknięcie całości i już wiem, że to będzie jeden z moich faworytów na tej płycie.

W pierwszej chwili miałam wrażenie, że CD zawiera aż zbyt wiele różnych pomysłów i stylów. Dzięki temu jednak przy kolejnym i kolejnym wysłuchaniu nie staje się nudne, ale pozwala odkrywać kolejne detale. Nightwish z jednej strony eksploruje nowe obszary i brzmienia, z drugiej zaś odświeża wiele starych elementów, momentami wracając nawet do samych początków – ostatnio tak wyraźna wielogłosowość była chyba na Angels Fall First! – co powoduje, że całość pozostaje spójna z dotychczasową twórczością. Czuję jednak duży niedosyt wokalu Marko, chętnie usłyszałabym go w duecie z Floor – tą nową Floor, która korzysta ze swojego klasycznego szkolenia, pełnej siły głosu i zróżnicowanych, delikatnych brzmień, ale – o dziwo – nie używa tym razem w ogóle growlu ani screamu, którego przez wiele lat u niej nie brakowało.

Nie ma tu utworów słabych, aczkolwiek są niestety takie, które pozostają dla mnie kolejną piosenką Nightwisha, jaką pewnie będę nucić przy sprzątaniu. Przy okazji to też płyta zawierająca najmniej piosenek w historii zespołu, ale przed nami jeszcze orkiestralny „kolos” – All the Works of Nature Which Adorn the World.

…do Nature

Recytacja Geraldine James wywołuje u mnie ciarki, ostre zakończenia słów powodują, że staje się ona szczególnie wyrazista na tle włączającej się powoli muzyki. I love not man less, but nature more zwraca moją szczególną uwagę i już wiem, że skończyło się Human, a teraz pora na Nature. Do niskich partii kontrabasu dołącza harfa, potem flet. Damska wokaliza jest jednym z najdelikatniej wykonanych wokali, jakie słyszałam w albumach Nightwisha. Kompozycja rozwija się i nagle zaczyna przypominać mi te momenty filmowych soundtracków, w których przed oczyma widzów coś odsłania obraz rozległej przestrzeni, która zachwyca swoim naturalnym pięknem krajobrazu. Mam w tym momencie przed oczami łańcuchy górskie, lasy, łąki, jeziora, przelatujące ptaki. Dlatego Vista.

Dalej pozwalam się trochę prowadzić tytułom. The Blue zaczyna się głęboko pod wodą, nie mam co do tego wątpliwości. Mówią mi o tym smyczki i bębny, z początku niskie, potem trochę wyższe. Kiedy słyszę chór, mam wrażenie, że właśnie dane było mi odkryć Atlantydę. Zakończenie przypomina mi z jakiegoś powodu soundtrack do Skyrima, aż urywa się przy dźwięku dzwonu i głosach mew. Wypływamy…

Na łąkę. Spodziewałam się raczej, że The Green będzie zielenią lasów deszczowych, pełnych energii i życia, ale już pierwsze dźwięki korygują moją intuicję. Delikatne klawisze uzupełniane smyczkami to musi być to, zamglona łąka o świcie. Flet jest dla mnie zielenią młodej trawy, a przy dzwonkach nie wątpię, że to promienie słońca zaczynają odbijać się w porannej rosie. Z tyłu głowy przypomina mi się podobna delikatność Meadows of Heaven. Poranek rozwija się w słoneczną pełnię, ozdabianą dźwiękami harfy jak barwami drobnych kwiatów. Słyszę tu coś z radosnej melodii Them Thar Chanterelles Auri. Kiedy pojawia się szybszy rytm i dołączają instrumenty, nie mam wątpliwości, że życie jest w pełni, a potem pojawia się intensywne złoto zachodzącego Słońca, które tworzy tutaj punkt kulminacyjny. Życie wycisza się, kiedy znika ono za horyzontem, i znowu jesteśmy w chłodnej ciszy pod nocnym niebem.

Podobnie możemy oglądać dzień na wrzosowiskach. Początek Moors bardzo przypomina mi Our Decades in the Sun w orkiestralnej wersji, choć pozbawionej chóru. A potem po raz kolejny daję się zaskoczyć. Wyobrażałam sobie raczej wrzosy na wzgórzach pod lasem, ale dudy przypominają mi słońce wschodzące w zupełnie innym krajobrazie – kęp fioletowych kwiatków, mchu i rudej trawy rosnących nad wodą w skandynawskich górach. I raz jeszcze nie mam wątpliwości, że to jest to. Na chwilę robi się ciemniej, jakby nadeszła chmura ze ścianą deszczu, ale mija szybko, pozostawiając tylko lekki wiatr. A potem słyszę coś, czego zupełnie się nie spodziewałam: motyw przewodni, który znam z Ad Astra, wcześniej odsłuchanego jako nadprogramowy singiel. Czyżby nad wrzosowiskiem zaczęły pojawiać się wieczorne gwiazdy? Jestem zauroczona.

Aurorae jest najkrótszym utworem na tej płycie, ale ma dla mnie ogromnie wiele niespodzianek w brzmieniu. Zaczyna się niskim, ciemnym dźwiękiem instrumentów blaszanych, jakby tylko po to, by mógł zostać skontrastowany bardzo wysokimi dźwiękami smyczków, zupełnie jak nocne niebo, na którym rozbłyskują ostre promienie zorzy. Kiedy włącza się harfa, wszystko zaczyna poruszać się i tańczyć, a potem nagle wybucha mnóstwem odcieni, radosnych, oszałamiających, które momentami wręcz przytłaczają, a potem niemal równie nagle się kończą. To był jeden z najintensywniejszych momentów tego albumu.

Dalej jest wręcz przeciwnie. Aurorae cudownie kontrastuje z Quiet as the Snow, spokojnym i delikatnym, które pozwala odpocząć po wcześniejszym szaleństwie doznań. Powolne, długie nuty pianina przypominają ciężkie, ogromne płatki śniegu, który w nocy osadził się na wszystkim wokół i wytłumił dźwięki, a rano zaczyna skrzyć się w słońcu. Dźwięki smyczków pozwalają rozejrzeć się nieco dalej, niż tylko wyglądając przez okno domu. Widzimy nowy, spokojny, świetlisty świat, który pojawił się niemal niezauważenie, teraz rozświetlony pojawiającymi się promieniami słońca. Ta kompozycja wpada na listę moich ulubieńców.

W Anthropocene po raz kolejny startujemy dość nisko, partią smyczków, która przywodzi na myśl kompozycje Vivaldiego, by za chwilę przejść do wyższych dźwięków. Są one właściwie wstępem do Hymnu do Nikkal, ugarycko-fenickiej bogini sadów i Księżyca. Przy wykorzystaniu orkiestry udało się zachować niezwykły, nieco dziki charakter najstarszej znanej melodii, a jednocześnie nadać jej zupełnie nowe ujęcie.

Dopiero teraz, przy całości kompozycji, słyszę, że smyczki i delikatny chór Ad Astra są zapowiedzią końcowej recytacji, piękną, ale też melancholijną. I jest – Geraldine James rozpoczęła tę podróż i ona też ją zamyka, podsumowując fragmentem tekstu wszystko, co do tej pory mogliśmy usłyszeć i zobaczyć. I nie wiem, czy to jej ekspresja, skrzypce w tle, dotychczasowe wrażenia, czy wszystko razem, ale czuję, że mam ściśnięte gardło i wilgotne oczy. Po głowie tłucze mi się Sagan, nagrany przez zespół pięć lat wcześniej i nieco zapomniany. Uważny słuchacz wyłapie cichy startowy świst, po którym wspaniała damska końcowa wokaliza zabiera nas w kolejną podróż, daleką podróż w nieznane, pozbawioną możliwości powrotu, ale pełną nadziei na przyszłość.

Ta płyta zostawia mnie w rozedrganiu i potrzebie ciszy po jednej z najniezwyklejszych muzycznych przygód, jakich doświadczyłam. Jest niezwykle impresjonistyczna, pełna różnych barw i gry światła. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, w jaki sposób wykorzystane zostały nasze przyzwyczajenia z popkultury związane z soundtrackiem. Tym razem nie jest on dodatkiem do oglądanego filmu, ale wręcz odwrotnie – to jest właśnie opowieść, do której film sam pojawia się przed oczami.

A jeśli o filmie już mowa, spodziewałam się w kompozycjach Tuomasa przede wszystkim podobieństwa do Zimmera. Moim skojarzeniom tutaj bardzo blisko też jednak do Czterech pór roku Vivaldiego. I to ta płyta, a nie Endless Forms Most Beautiful, jest dla mnie apoteozą życia i rozkwitu.

Human. :║: Nature. zaskakuje mnie tym, ile słyszę nie tylko elementów z Endless Forms Most Beautiful, ale też z Imaginaerum czy nawet wcześniejszych albumów. I choć okładka zapowiadała coś innego, urzeka mnie też lekkością i przestrzenią, której poprzednim razem bardzo mi brakowało w tej muzyce. Jest niebanalnie i w dużej mierze zaskakująco, choć nadal bez problemu odnajduję w tym Nightwish i wyraźny rys dzieł Tuomasa. I to wystarcza, by całość trafiała w moje gusta muzyczne. Niewątpliwie Human. :║: Nature. jest albumem mocno nietypowym dla gatunku, który zespół dotychczas reprezentował. Czy reprezentuje nadal – nie mnie oceniać. Niewątpliwie jednak rozpala dyskusje i wywołuje kontrowersje wśród słuchaczy. Niektórych zachwyca, u innych wywołuje zawód – emocje bywają tutaj skrajne.

Tak, znajdzie się kilka rzeczy, które chętnie bym zmieniła. Więcej Marko, mniej Troya i popowo-chwytliwych refrenów. Anthropocene, choć da się wybronić, to bardziej pasowałoby tematycznie do poprzedniego albumu. Z drugiej strony, paradoksalnie, brakuje mi trochę muzyki do po prostu posłuchania. Dotychczasowe albumy nie były aż tak wielopoziomowymi, złożonymi konstrukcjami i można było z nich wybrać dwie czy trzy ulubione piosenki. Tutaj cały kontekst ma znaczenie i wiele się traci, wyrywając fragment z całej opowieści. To oznacza, że do słuchania Human. :║: Nature. właściwie należałoby mieć półtorej godziny, kiedy można skupić się tylko na odbiorze muzyki. To nie jest jednak takie proste do zorganizowania w dzisiejszym świecie. Może jednak z czasem dobrze poznany materiał okaże się trochę łatwiejszy w odbiorze.

Ode mnie album niewątpliwie dostaje mocne tak – choć to tak nie jest niestety wykrzyczane z pełnią entuzjazmu, a część, która w całości i bezdyskusyjnie mnie zachwyca, to album zespołu metalowego, na którym nie ma ani metalu, ani zespołu.

 
Recenzentka:
Anna Raczyńska

Przeczytaj również...