Endless Forms Most Beautiful

cropped-Endless_Forms_Most_Beautiful.jpg

Tracklista

1. Shudder Before The Beautiful
2. Weak Fantasy
3. Élan
4. Yours Is An Empty Hope
5. Our Decades In the Sun
6. My Walden
7. Endless Forms Most Beautiful
8. Edema Ruh
9. Alpenglow
10. The Eyes Of Sharbat Gula
11. The Greatest Show On Earth

Teksty

 

 

 

 

 

 

Recenzja

Premierę Endless Forms Most Beautiful dzielą cztery lata od wydania poprzedniego długogrającego krążka studyjnego w dorobku zespołu Nightwish, czyli tyle samo, ile Dark Passion Play i Imaginaerum. Jeśli porównać tę okoliczność z początkowym okresem działalności Nightwish, to widać, że z biegiem lat nastąpiło podwojenie czasu wyczekiwania na kolejny długogrający krążek zespołu. Biorąc dodatkowo pod uwagę fakt, że Endless Forms Most Beautiful to już ósmy album w twórczości kapeli, która w ciągu swojej prawie dwudziestoletniej działalności wspięła się na fotel lidera metalu symfonicznego, można było mieć spore wymagania w stosunku do nowej płyty. Jeśli wspomnieć w tym miejscu jeszcze o zatrudnieniu na pełny etat jednej z najlepszych wokalistek w gatunkach gothic/symphonic metal oraz o tym, że czas trwania krążka to prawie osiemdziesiąt minut, z czego przeszło 1/4 przypada na jeden numer, powinno stać się jasne, że Endless Forms Most Beautiful to jedna z najbardziej wyczekiwanych premier 2015 roku nie tylko dla fanów Nightwish, ale także dla wszystkich zainteresowanych bardziej melodyjnymi odmianami muzyki metalowej.

Od wydania debiutanckiego albumu Nightwish zdążył przyzwyczaić słuchaczy do tego, że pierwszy utwór krążka jest tradycyjnie jednym z najlepszych na płycie. Tego trendu nie udało się utrzymać na Dark Passion Play i prawdopodobnie również wskutek tego Imaginaerum rozpoczyna się „tylko” intrem. Nowy Nightwish 2015 idzie inną drogą niż poprzednik – „Shudder Before the Beautiful” zawiera wprawdzie krótką recytację, lecz – podobnie jak na początku debiutanckiego Angels Fall First – jest ona jedynie wstępem do pełnowymiarowego utworu. Zaraz po jej zakończeniu na pierwszy plan wysuwa się sekcja basowa zespołu oraz orkiestralny motyw, w którym pobrzmiewają echa sławnego „The Rise of Sodom and Gomorrah” z dorobku szwedzkiego zespołu Therion i którego wariację po niespełna trzydziestu sekundach gra również gitara prowadząca. Następny element utworu, czyli krótka zwrotka niewymagająca szczególnych umiejętności wokalnych, znakomicie kontrastuje z tym, co następuje w dalszej części utworu. Zaraz po niej z głośników wydobywa się niesamowicie melodyjny refren, który wpada w ucho i zapada w pamięć od pierwszego odsłuchu. Od tego momentu staje się jasne, że „Shudder Before the Beautiful” bez większych trudności wpisuje się w kanon najlepszych otwieraczy, a więc również najlepszych utworów w dorobku Nightwish. ­Cała klasa tej kompozycji jest wyraźnie słyszalna w jej drugiej części, czyli bezpośrednio po dobrej, aczkolwiek nie zachwycającej solówce klawiszowo-gitarowej. Oddanie partii prowadzącej orkiestrze wypada bezbłędnie, natomiast riff gitarowy brzmi ciężko, przywodząc na myśl skojarzenia z partiami z otwieracza albumu „Once”, należącymi do najlepszych momentów zespołu. Ten fragment powinien podczas odegrania na żywo spowodować entuzjastyczny headbanging wśród publiczności. Znakomicie wypadają również następujące zaraz po nim partie orkiestry, które wprowadzają lekki dreszczyk oraz niepokój, wtórując mocarnemu i majestatycznemu chórowi. Zaśpiewanie refrenu przez Floor Jansen bez tła w postaci typowo metalowej sekcji instrumentalnej oraz kontrastujące z tym parokrotne powtórzenie go przy udziale wszystkich muzyków Nightwish i orkiestry idealnie zamyka ten bardzo dobry utwór, który umiejętnie łączy melodyjność oraz poziom kompozycyjny, przez co miłośnikom dobrego symfonicznego metalu nie powinien się znudzić nawet po wielu przesłuchaniach. Nie sposób nie wspomnieć o tym, że za wykonanie recytacji z początku „Shudder Before the Beautiful” odpowiada znany brytyjski zoolog i ewolucjonista Richard Dawkins, którego udział w nagraniu nowego albumu Nightwish wywołał kontrowersje wśród części fanów zespołu (głównie w Stanach Zjednoczonych). Z uwagi na to, że jego partie odgrywają znacznie większą, chciałoby się wręcz rzec kluczową, rolę dla warstwy lirycznej konceptu ostatniego utworu albumu, „The Greatest Show on Earth”, niebawem na stronie oceansouls.pl pojawi się artykuł poświęcony temu właśnie zagadnieniu.

Z kolei po bardzo dobrym „Shudder Before the Beautiful” czas na drugi na płycie „Weak Fantasy”. Podtrzymuje on poziom otwieracza albumu, choć różni się od niego wyraźnie pod względem struktury kompozycyjnej, klimatu i melodii. Linia melodyczna jest zróżnicowana, w zwrotce towarzyszy jej dobrze słyszalny bas Marco Hietali, natomiast w refrenie wyraźnie słychać elementy twórczości Helloween – szybkie riffy gitarowe grane staccato oraz partie perkusji mocno zbliżone do tych, które można usłyszeć w utworze „Nabatea” tego niemieckiego powermetalowego zespołu. W nieznacznym stopniu „Weak Fantasy” zahacza również o inny gatunek muzyczny, czyli o muzykę filmową, gdyż krótkie, urywane wstawki w orkiestrowej oprawie na początku od razu przywodzą na myśl skojarzenia z fragmentami muzyki napisanej przez Hansa Zimmera do drugiej części „Piratów z Karaibów”. Biorąc pod uwagę całokształt kompozycji, jej zróżnicowanie oraz przeplatanie się dynamicznych fragmentów ze stonowanymi, należy ją ocenić bardzo pozytywnie i zaliczyć do najlepszych na płycie.

Pewnej kontynuacji stylistyki, w jakiej utrzymany jest utwór „Weak Fantasy”, można doszukać się w „Yours is an Empty Hope”. Zbieżności są słyszalne głównie w orkiestrowych wstawkach oraz w partiach perkusji. Najbardziej charakterystyczną cechą tego kawałka jest jednak mnogość nawiązań do wcześniejszych kompozycji Nightwish. Pierwszy riff gitarowy tak mocno przypomina ten z początku albumu Once, że można tu prawie mówić o autoplagiacie. Znacznie bardziej subtelne są muzyczne odnośniki do „Beauty of the Beast” (charakterystyczna partia orkiestry po trzeciej minucie, która łączy ostatnie powtórzenie refrenu z drugą, kompozycyjnie odmienną, częścią utworu) oraz do „Scaretale” (fragment następujący zaraz potem – chórki nieco dramatyczne, zawierające elementy grozy i delikatnie pobrzdąkujące pianino w tle, jak również leciutko słyszalny histeryczny śmiech w lewym głośniku krótko przed końcem utworu). Z kolei biorąc pod uwagę strukturę całej kompozycji oraz patrząc na fragmenty, w których śpiewa Marco, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że „Yours is an Empty Hope” to próba udoskonalenia bądź naprawienia „Master Passion Greed”. I należy przyznać, że ten zamiar się w dużym stopniu udaje. Zważywszy na chaos kompozycyjny i wyjątkowo nieudane pseudothrashowe zacięcie utworu z „Dark Passion Play”, nie jest to wprawdzie trudne zadanie, lecz nawet w ogólnym rozrachunku, tj. niezależnie od porównania z „Master Passion Greed”, „Yours is an Empty Hope” wypada ponadprzeciętnie. Rażą trochę te zbyt oczywiste zrzynki z dawnej twórczości zespołu oraz brak jakichkolwiek ambitniejszych zagrywek instrumentalnych pod względem wyrazistości i/lub poziomu technicznego, lecz trzeba też przyznać, że pomimo zróżnicowania linii melodycznej i tego, że Holopainen i Hietala postawili na kontrolowany chaos w strukturze numeru, spójność kompozycyjna jest zachowana, a orkiestra i zespół dobrze ze sobą współgrają, czego efektem jest niezły utwór.

Pomiędzy dwoma wyżej opisanymi utworami mamy jeszcze pierwszy singiel z nowej płyty, czyli „Élan”. Tradycyjnie już w przypadku płyt Nightwish na początku albumu znajduje się więc utwór, w którym najważniejsze nie jest zaprezentowanie wysokiego poziomu artystycznego, lecz przyciągnięcie uwagi słuchaczy (a zwłaszcza tych niebędących jeszcze fanami Nightwish) i zainteresowanie ich dorobkiem zespołu. To zadanie bardzo dobrze wypełnia np. numer „Storytime” z poprzedniej płyty; „Élan” radzi sobie z tym dobrze, lecz przez większość czasu trwania nie zachwyca. Kawałek utrzymany początkowo w tonacji F-dur należy do spokojniejszych kompozycji na płycie, praca perkusji oraz gitary jest w nim zredukowana do odgrywania wyjątkowo prostych partii, natomiast linia melodyczna wokalu, jak również jej wykonanie, nie porywają słuchacza. Utwór sobie płynie; sekundy i minuty na wyświetlaczu odtwarzacza przemijają bez większych wrażeń akustycznych – aż do ostatniej półtorej minuty utworu. W końcowej części „Élan” zaskakuje dobrym mostkiem ze zmianą tonacji na D-dur, po którym zaraz następuje powtórzenie refrenu w As-dur. Pierwszy efekt jest subtelny, a drugi wyraźnie zauważalny nie tylko ze względu na obecność czterech bemoli, lecz choćby z tego powodu, że dodatkowo potęguje go ćwierćnutowa pauza sekcji instrumentalnej. Podwójna zmiana tonacji to zabieg, który nie występuje zbyt często w utworach Nightwish; jest on też w tym utworze stosunkowo prosty, ale osiąga znakomity efekt niewielkim nakładem pracy i skutecznie ożywia końcówkę singla.

Analogicznie jak w przypadku „Weak Fantasy” i „Yours is an Empty Hope” istnieje drugi zbiór utworów, pomiędzy którymi można z łatwością doszukać się podobieństw, gdyż w jego skład wchodzą proste kompozycje i chwytliwe refreny do pośpiewania w biesiadnym gronie. Pierwszym w tej wesołej gromadce jest „My Walden”, czyli lepiej wychowany braciszek „I Want My Tears Back”, w którym to w pewnym momencie czara kiczu została przelana. „My Walden”, pomimo bardzo podobnej konwencji stylistycznej i obfitego użycia uilleann pipes, czyli rodzaju irlandzkich dud, nie popełnia tych samych błędów. Trzeba jeszcze wspomnieć o tym, że pierwsza zwrotka, którą śpiewa Troy Donockley, zawiera tekst w języku walijskim, co w sposób zauważalny dla każdego dodaje tej kompozycji celtyckiego klimatu. Bardziej subtelne z kolei jest nawiązanie do charakterystycznego dla muzyki celtyckiej interwału kwinty w refrenie. Korespondujący z linią melodyczną fragment tekstu to m.in. oczywiście dwie sylaby słowa „higher”, które powtarzane jest w refrenie. Ten zabieg kompozycyjny, polegający na podniesieniu o kwintę, dodaje werwy i skoczności utworom. Występuje również w szantach i pieśniach marynarskich, czego słynny przykład mamy w libretcie „Billy Budd” Benjamina Brittona, czyli muzycznej adaptacji noweli Hermana Melville’a pod tym samym tytułem. Podobnie jak jego ludowe pierwowzory, „My Walden” to, jak wspomniałem na początku, utwór nieskomplikowany, skoczny i bardzo melodyjny, przez co dobrze się wpisuje w konwencję folkowych klimatów, o którą Nightwish ostatnio lubi zahaczać. Nie oferuje słuchaczom wartych wzmianki doznań estetycznych, lecz po prostu zabawia i rozwesela.

Podobną funkcję, aczkolwiek przy użyciu innych środków wyrazu artystycznego, spełnia drugi singiel, czyli utwór tytułowy, „Endless Forms Most Beautiful”. Spisuje się bardzo dobrze w roli kawałka promującego album, gdyż zawiera charakterystyczne dla muzyki Nightwish elementy – udaną współpracę metalowego instrumentarium i orkiestry, skoczny i melodyjny refren zachęcający do podśpiewywania, całonutowe akordy grane na gitarze podczas mostka oraz banalny riff w refrenie, czyli, jak by nie patrzeć, również coś typowego w utworach tego pokroju. Jedyne urozmaicenie warte wspomnienia to powtórzenie głównego motywu instrumentalnego, który grany jest najpierw na gitarze, a następnie jednorazowo również na pianinie.

Ostatnim z „wesołej trójki” jest „Alpenglow” – kompozycja zdecydowanie mniej odpustowa od dwóch poprzednich, co jednak nie przekłada się na jej poziom artystyczny. Pomijając dynamiczne wybicie w refrenie oraz mostek, który jest mniej sielankowy i słodki pod względem klimatu niż reszta kompozycji, ten numer niczym nie wychodzi ponad poziom poprawny. Ze względu na nienarzucający się uszom ogólny wydźwięk utworu „Alpenglow” może się spodobać fanom zespołu, ale do najlepszych momentów na płycie bardzo wiele mu brakuje.

Stylistycznie najbardziej zbliżony do „Alpenglow” jest poprzedzający go numer, czyli „Edema Ruh”, który pod względem poziomu artystycznego wypada jeszcze trochę gorzej. Łagodny początek, w którym na pierwszy plan wychodzi wokal Floor, jest wprawdzie obiecujący, ale cały utwór nie ma wiele do zaoferowania. Szczególnie negatywnie wypada praca gitary; obojętnie, czy słuchamy solówki czy przygrywek w refrenie – jest schematycznie i kompletnie bez pomysłu. Końcówka z użyciem uilleann pipes oraz wokalem Troya trochę go ożywia i ratuje słuchacza przed zaśnięciem, ale poziomu mimo wszystko nie podnosi. Można by w tym miejscu wtrącić, że nawet na dobrej płycie może się znaleźć taki wypełniacz bez polotu, ale, biorąc pod uwagę czas trwania całego albumu, z powodzeniem można było z niego zrezygnować.

„Our Decades in the Sun”, czyli jedyna ballada na płycie, również do udanych numerów nie należy. O ile pierwsza i ostatnia część utworu, czyli te zdominowane przez wokal Floor, nie dają ani powodów do zachwytu, ani do krytyki, to solówka gitarowa w środkowej należy do najmniej pomysłowych w całym dorobku grupy. Spokojna kompozycja nie wymaga wprawdzie popisów technicznych, jednak powtarzanie do znudzenia ciągle tych samych paru dźwięków przy nieustannym nadużywaniu efektu podciągania struny świadczy o poważnym niedopracowaniu utworu. Naprawdę ciężko zrozumieć, w jaki sposób w trakcie prób i odrzucania części pomysłów taki przejaw beztalencia kompozycyjnego mógł się uchować i znaleźć na ostatecznej wersji albumu.

Na plus można wyróżnić z kolei żeński wokal w tym utworze, gdyż Floor w „Our Decades in the Sun” ma parę momentów, w których zbliża się do poziomu, do jakiego zdążyła wszystkich przyzwyczaić przez lata swojego śpiewania. Niestety, poza tym przebłysków zbyt wiele nie da się uświadczyć, co w obliczu tak utalentowanej wokalistki jest jednym z większych rozczarowań tej płyty. W jej śpiewie na Endless Forms Most Beautiful brakuje ekspresji, charyzmy i werwy; nie słychać, by swoim wokalem była w stanie dać temu albumowi coś od siebie i odpowiednio „doprawić” go swoim charakterystycznym głosem. W „Élan“ czy w mostku „Alpenglow” dla przykładu momentami brzmi jak Anette Olzon, co bynajmniej nie jest zarzutem, lecz pokazuje, że dałoby się ją zastąpić mniej utalentowaną śpiewaczką bez obniżania poziomu artystycznego, na jakim jest żeński wokal na tym albumie. Tak naprawdę w jednym tylko numerze Floor pokazuje całą swoją klasę i potrafi zachwycić słuchacza. Podpowiedzią dla niecierpliwych w tym miejscu może być to, że jest on opisany na samym końcu tej recenzji.

Obok wokalu Floor w większości utworów na Endless Forms Most Beautiful nie zachwyca również instrumental okraszony chórkami, czyli przedostatni na płycie „The Eyes of Sharbat Gula”. Oparty jest na paru schematycznych i przewidywalnych motywach, które zawierają po prostu zbyt mało „treści”, by zapełnić nieco ponad sześciominutową kompozycję w sposób, który przyciągnąłby uwagę słuchacza, a utwór nie przejadł się po niewielu przesłuchaniach. Warto zaznaczyć w tym miejscu, że „The Eyes of Sharbat Gula” to kawałek, który pierwotnie nie miał być instrumentalem, co wyraźnie słychać choćby na przykładzie braku wyrazistej linii melodycznej. Z kolei osoba wymieniona w jego tytule to afgańska dziewczynka, której w 1985 roku zrobiono sławne zdjęcie, w bardzo bezpośredni i żywy sposób odzwierciedlające piętno, jakie na jej psychice wywarły przeżycia wojenne. Da się zrozumieć, że Tuomas Holopainen nie był w stanie ująć tego dramatycznego tematu i przedstawić go w tekście utworu. Tym niemniej jednak temat ten nadawałby się znakomicie do tego, by historię Sharbat opowiedziała sama muzyka. Od lat 70. XX wieku dzięki dziedzinie badań zwanej w anglojęzycznym świecie „intermedia(l) studies”, a zwłaszcza dzięki transmedialnej narratologii, uważa się za udowodnione, że muzyka jest w stanie przekazać treść za pomocą samych dźwięków instrumentalnych, bez konieczności zastosowania linii wokalnej. Istnieje zresztą wiele utworów, które to skutecznie obrazują. Jednym z najbardziej efektywnych i zarazem efektownych przykładów jest znakomity numer brytyjskiej grupy Yes pt. „The Gates of Delirium”. Nightwish w bardzo delikatny sposób również zahaczył o transmedialność w swoich instrumentalach, czego oczywistym przykładem jest „Moondance” z płyty Oceanborn. Szkoda więc, że w „The Eyes of Sharbat Gula” kompozytor nie zdecydował się podjąć wyzwania, przez co jedyny instrumental na płycie wypada bardzo blado.

Po tym niezbyt udanym utworze czas na największego kolosa w historii zespołu – o monumentalnym tytule „The Greatest Show on Earth”. Rozpoczyna się on melancholijnym i nieco rzewnym motywem pianinowym, który utrzymany jest w molowej tonacji i przy akompaniamencie części orkiestry (głównie sekcji skrzypiec) wypełnia początek kompozycji, wprowadzając słuchaczy w nastrój odpowiedni do kontemplacji całego utworu. W „Four Point Six”, czyli właśnie pierwszej jego części, nie uświadczymy jednolitej i przewidywalnej linii melodycznej, tak jak w większości pozostałych utworów, lecz mamy do czynienia z imitacją ekspozycji znanej z fugi i formy sonatowej, gdzie na początku wprowadza się poszczególne motywy i tematy, które następnie są przetwarzane w innych tonacjach w kolejnych częściach utworu. Kompozytor „The Greatest Show on Earth” rzecz jasna nie trzyma się ściśle zasad znanych z muzyki klasycznej, lecz umiejętnie je adaptuje na potrzeby metalu symfonicznego, nawiązując w ten sposób do ekspozycji stosowanej w fudze oraz formie sonatowej.

Po wstępie, który znakomicie buduje nastrój, czas na „Life”, w którym na pierwszy plan wysuwają się powermetalowe galopady w tradycji pierwszych lat działalności zespołu, jak również pierwszorzędna współpraca metalowego zespołu i orkiestry symfonicznej. Bardzo dobrze wypada również zróżnicowany wokal Floor, która tutaj wreszcie pokazuje swoją klasę. W refrenie tego fragmentu – inaczej niż w większości pozostałych utworów – nikt nie powinien mieć problemów z natychmiastowym rozpoznaniem jej charakterystycznego głosu. Duet Floor z Marco na początku „The Toolmaker”, czyli trzeciej części utworu, jest również znakomity.

W całym utworze imponują zmiany klimatu, wprowadzanie nowych motywów i tonacji oraz nawiązania do innych kompozycji. Jeśli chodzi o ten ostatni zabieg kompozycyjny, to z powodzeniem można stwierdzić, że Nightwish wyznacza nowe standardy w metalu symfonicznym i zbliża się do poziomu kompozycji z gatunku rocka progresywnego. Na poparcie tej tezy parę przykładów z trzeciej części utworu zatytułowanej „The Toolmaker”: występuje tam riff gitarowy znany z „Enter Sandman” Metalliki, początek menuetu G-dur Christiana Petzolda, po którym następuje fragment fugi Johanna Sebastiana Bacha w tonacji d-moll, jak również urywek chorału gregoriańskiego „Dies Irae”. Dopełnienie tej historii muzyki w pigułce zostaje znakomicie osiągnięte poprzez dodanie krótkiego beatu elektronicznego oraz zastosowanie klamry w postaci powtórzenia wgniatającego w fotel refrenu przed i po tym fragmencie z licznymi nawiązaniami do innych kompozycji. Refren w „The Toolmaker”, czyli części „The Greatest Show on Earth”, która może pretendować do miana najlepszego fragmentu utworu w historii tego zespołu, nie tylko jest po prostu znakomity, lecz w dodatku pod koniec ostatniego powtórzenia jest świetnie przepleciony motywem z początku utworu i płynnie przechodzi w równie dynamiczny fragment rozpoczynający się fragmentem tekstu „we were here”.

Końcówka utworu jest również bardzo dobra; oferuje słuchaczom odpowiednią dawkę wyciszenia po intensywnym przeżyciu estetycznym za sprawą kompozycji pełnej dynamiki, ekspresji i zróżnicowania. Patrząc na poziom całego utworu, możemy stwierdzić, że wypada on po prostu świetnie. Słuchając na przykład samej tylko części pt. „Life” od razu można wyczuć jakość i klasę tej kompozycji, składającej się tylko i wyłącznie z bardzo dobrych momentów, z których bezproblemowo dałoby się wykrzesać materiał na kilkanaście wypełniaczy. Zarówno praca kompozytora, jak i jej realizacja zasługują na najwyższe noty, przez co „The Greatest Show on Earth” to pierwszy utwór od 11 lat, który można zaliczyć w poczet czołówki najlepszych w dorobku zespołu.

W powyższej części recenzji została już poruszona kwestia wokalu; zanim więc przejdziemy do oceny nowego krążka Nightwish, wypadałoby jeszcze wspomnieć o ogólnym wrażeniu odnośnie partii perkusji i gitar na Endless Forms Most Beautiful. Jest to konieczne choćby z tego powodu, że za bębnami siedzi tym razem nie Jukka Nevalainen, lecz Kai Hahto, znany m.in. z zespołów Wintersun i Swallow the Sun. Zarówno on, jak i Emppu Vuorinen generalnie wypełniają swoje zadania poprawnie, lecz bez większego urozmaicenia i finezji. Są wprawdzie wyjątki, które zostały już wspomniane wyżej (głównie chodzi o nawiązania do Once), ale ogólnie obaj panowie ograniczają się do nieskomplikowanych zagrywek bez wychodzenia poza konwencję metalu symfonicznego. Biorąc pod uwagę niezłe umiejętności Kaia, który w Wintersun gra bardziej zaawansowane partie i ma poza tym na koncie udział w nagraniu paru płyt z gatunku grindcore, pozostaje mieć nadzieję, że przynajmniej na trasie koncertowej odważy się na parę popisów.

Przejdźmy wreszcie do kwestii końcowej oceny albumu Endless Forms Most Beautiful – sprawa jest zaskakująco prosta, kiedy uwzględnimy wszystkie czynniki i obiektywne kryteria niezbędne do jej wystawienia. Wielkim plusem albumu jest to, że zajmuje jedną z czołowych pozycji pod względem ilości muzyki zasługującej na bardzo wysoką ocenę – „Shudder Before the Beautiful” i przede wszystkim każda instrumentalno-wokalna część „The Greatest Show on Earth” należą do najlepszych momentów w całej twórczości Nightwish, co daje prawie 30 minut muzyki na wysokim poziomie. Nie da się tego więc postrzegać zaledwie jako przebłysków dawnej klasy zespołu, lecz z powodzeniem można mówić o powrocie bardzo dobrej pracy kompozytorskiej. Największe minusy, jakie należy uwzględnić przy wystawianiu oceny, to nienajwyższych lotów wokal Floor Jansen, jak również fakt, że dla takich kompozycji jak „Our Decades in the Sun”, „Edema Ruh”, „The Eyes of Sharbat Gula” czy „Alpenglow” sprawiedliwa nota nie przekracza 6/10. Jeśli uwzględnimy całokształt, to w porównaniu z poprzednikiem Endless Forms Most Beautiful reprezentuje bardzo podobny poziom i utrzymany jest w zbliżonej, charakterystycznej dla Nightwish stylistyce. Słabsze kompozycje z Imaginaerum są wprawdzie bardziej zróżnicowane, lecz najlepszym brakuje sporo do tego, co przez cały czas trwania oferuje „The Greatest Show on Earth”. Z uwagi na to, że kunszt kompozytorski to coś, co należy docenić, szczególnie gdy pozwala on przyćmić pomniejsze wady i niedociągnięcia, Endless Forms Most Beautiful zasługuje na ocenę nieco wyższą niż poprzedni krążek.

 

Ocena: 7,5/10
Autor: Ivanhoe