Once

 onceTracklista
1. Dark Chest Of Wonders
2. Wish I Had An Angel
3. Nemo
4. Planet Hell
5. Creek Mary’s Blood
6. The Siren
7. Dead Gardens
8. Romanticide
9. Ghost Love Score
10. Kuolema Tekee Taiteilijan
11. Higher Than Hope

Teksty 

Informacje
Nazwa albumu: Once
Rok wydania: 2004
Album nagrany w: studia Tempputupa, Finnvox, E-Major oraz Phoenix Sound
Miksowanie albumu: Mikko Karmila, Tero Kinnunen Tuomas Holopainen
Montaż albumu: Mika Jussila
Projekt okładki: Markus Mayer
Fotografie zespołu: Toni Härkönen

Aranżacja chóru oraz orkiestry: Pip Williams
Śpiew, mowa oraz partie fletu w utworze „Creek Mary’s Blood”:
John Two-Hawks
Głos w utworze „Higher Than Hope”: Marc Brueland

Recenzja

Są takie płyty, w których można się zakochać od pierwszego przesłuchania; zanim ogarniemy, poznamy i wychwycimy wszystkie ich walory artystyczne, wiemy już, że muzyka, z jaką obcujemy ma w sobie coś szczególnego i ponadczasowego.
Takie właśnie odczucia towarzyszyły mi podczas wstępnego zapoznawania się z piątym albumem studyjnym w dorobku Nightwisha.
Rozwiń

Okres poprzedzający wydanie Once’a był dość burzliwy i przyniósł sporo zmian dla zespołu. Kluczowy epizod stanowiła zmiana wytwórni płytowej – grupa spod dość wątłych ramion Drakkara przeniosła się pod smocze (złośliwi powiedzieliby: sępie) skrzydła Nuclear Blasta, co zaowocowało znacznym zwiększeniem budżetu, jaki udostępniono kapeli na spłodzenie ich kolejnego potomstwa. W wyniku zaślubin z Londyńską Orkiestrą Filharmoniczną narodziło się piąte dziecię, które od pierwszych chwil swojego istnienia musiało stawić czoła porównaniom z płytami nagranymi wyłącznie przy udziale stałych członków zespołu (wraz z muzykami sesyjnymi oczywiście). Jednocześnie oczywistym stał się fakt, że zaproszenie do współpracy orkiestry symfonicznej znacznie odciążyło lidera Tuomasa Holopainena, który mógł się skupić przede wszystkim na komponowaniu utworów. Jak dotychczas każdy album Nightwisha cechował się tym, że pierwszy utwór należał do najlepszych na płycie. Dlatego też uzasadnione były wysokie wymagania wobec „Dark Chest Of Wonders”, który wybrano na otwarcie tego albumu. Nasuwa się więc pytanie, czy pierwsza z nowych kompozycji kontynuuje tę chlubną tradycję? Nie tyle kontynuuje, co znacznie przebija wszystkie dotychczasowe „otwieracze” płyt Nightwisha! Po słowach „Once I had a dream… and this is it!” od razu wysuwa się na pierwszy plan potężna i mocarna, momentami lekko thrashowa praca gitar, wspomagana znakomicie zaaranżowanymi i wykonanymi partiami orkiestry. Na przywitanie dostaliśmy prawdziwy majstersztyk, który trzeba zaliczyć do najlepszych kompozycji w całym dorobku Nightwisha. Wplecenie nieco ostrzejszej stylistyki w muzykę zespołu zdecydowanie wyszło albumowi na dobre. Odrobina zabarwienia thrashem przypomina flirt z power metalem, jaki miał miejsce na albumie Oceanborn i potwierdza „elastyczność” stylu, jaki Nightwish sobie przez lata wypracował. Udowadnia to także utwór „Romanticide”, który też ma w sobie odrobinę naleciałości choćby z Ride The Lightning Metalliki, The New Order Testamentu czy płyt Anthrax z lat 80. Ten numer wyróżnia się znakomitą solówką, która może śmiało pretendować do miana najlepszej, jaką Emppu Vuorinen kiedykolwiek zagrał. Orkiestra w tym utworze dyskretnie schodzi na dalszy plan, co dodaje całej kompozycji ciężaru i agresji. Charakterystyczna niespokojna zwrotka i znakomity podział partii wokalnych są najbardziej rozpoznawalnymi elementami tego utworu. „Romanticide” należy do najcięższych i zarazem najlepszych momentów na albumie Once.

Można się pokusić o twierdzenie, że Nightwish właśnie na tym albumie zarejestrował najcięższe partie w swojej dotychczasowej karierze. Taką tezę potwierdza „Dead Gardens” z ultraciężkim riffem gitarowym przebijającym pod tym względem „Slaying The Dreamer” z Century Childa. Gitara w tym utworze gra bardzo ostre, „urywane” partie, których brzmienie i produkcja sprawiają, że mimowolnie nasuwają się skojarzenia z industrialowymi klimatami. W każdym razie „Dead Gardens” jest bardzo ciężki (jak na Nightwisha oczywiście) i, co najważniejsze, bardzo dobry.

Świetną kompozycją, którą można bez cienia wątpliwości zaliczyć do najlepszych, jakie pan Holopainen kiedykolwiek stworzył, jest „Planet Hell”, w którym mamy świetnie uzupełniający się duet wokalny, dobre gitary oraz piękny chór. Bardzo podoba mi się tutaj połączenie ciężaru gry metalowego zespołu z podniosłymi partiami orkiestry oraz doskonała klawiszowa solówka Tuomasa.

Nie da się zaprzeczyć, że opisane wyżej kompozycje domagają się docenienia ze względu na wysoki poziom zarówno techniczny, jak i kompozycyjny. Dostrzeżenie wszystkich zalet tych utworów może nam zająć trochę czasu, ale poświęcenie go na zapoznanie się z tak świetnymi kawałkami będzie bardzo dobrym zagospodarowaniem wolnych chwil naszego życia.

Jak już wspomniałem na początku, album Once doczekał się budżetu na nagranie płyty rzędu 400 000 euro. Fakt, że ta inwestycja powinna się zwrócić w miarę szybko, nie powinien nikogo dziwić. Jednocześnie trzeba pamiętać o tym, że nie da się zainteresować szerokiego kręgu odbiorców tylko i wyłącznie dobrą muzyką na wysokim poziomie artystycznym. Do realizacji tego celu potrzebna jest obecność nieco innych utworów, bardziej przebojowych, melodyjnych i łatwo wpadających w ucho. Nie jest powiedziane, że te kawałki muszą być szczególnie ambitnymi kompozycjami. Wręcz przeciwnie, wymagana jest prostota formy i kompatybilność z gustem mało wyrobionego odbiorcy. Tę funkcję spełniają tutaj „Wish I Had An Angel” oraz „Nemo”, dwa single, które na przełomie lat 2004 i 2005 dość często gościły w programach różnych radio- i wideostacji muzycznych. Pierwszy z wyżej wymienionych utworów to schematyczny numer bez jakichkolwiek popisów instrumentalnych, w którym obecność tępego beatu budzącego skojarzenia z techno męczy nasze membrany uszne; drugi z nich to pioseneczka z cukierkową melodią, chwytliwym refrenem, sztampowymi partiami gitar (które zostały dosłownie wklejone w ten utwór na zasadzie zero-jedynkowej: raz są, raz ich nie ma, prawie żadnych wyciszeń czy przejść) oraz sporą ilością lukru. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że te dwa numery to zdecydowanie najsłabsze punkty tej płyty. Brak w nich piękna, artyzmu oraz dobrego poziomu technicznego, które cechują krążek Once. Jednocześnie musimy być świadomi tego, że ich obecność była najprawdopodobniej warunkiem koniecznym dla otrzymania obficie wypełnionej garści srebrników, które przyczyniły się do powstania wybitnych utworów, jakich na tej płycie nie brakuje.

Najlepszym z nich jest zdecydowany numer jeden wśród kawałków Nightwisha, czyli „Ghost Love Score”. Wyróżnia go wręcz idealny balans pomiędzy formą (kształtem kompozycji i sposobem realizacji), a treścią (tym, co jest przedstawiane w utworze). To jest najważniejszy atut tego utworu; dodatkowo potęguje go fakt, że środki artystyczne służące realizacji kompozycji i sama jej realizacja równoważą się, będąc na bardzo wysokim poziomie. Epicka i monumentalna wymowa tego utworu potęguje jego majestat i podniosłość. Poza tym świetne jest dyskretne naprzemienne użycie synkopy i offbeatu w drugiej części utworu, bardzo podobają mi się oprócz tego niemalże polirytmiczne przejścia w partiach wykonywanych przez chór. Te cechy „Ghost Love Score” zapewniają mu palmę pierwszeństwa wśród wszystkich kawałków, jakie do tej pory znalazły się na albumach Nightwisha.

Ciekawostkami na Once ‚ie są dwie nietypowe kompozycje, wprowadzające dodatkowy powiew świeżości. Jedną z nich jest nagrana przy udziale Indianina Johna Two-Hawks „Creek Mary’s Blood” – utwór skłaniający do przemyśleń i refleksji. W obrębie płyt Nightwisha oraz całego symfonicznego metalu jest nietuzinkowy i oryginalny. Na uwagę zasługuje także stopniowe zwiększanie emocji w tym kawałku. Drugi to klimatyczna ballada „Kuolema Tekee Taiteilijan”, która nie popada w banał jak opisane wyżej „Nemo”. Od razu słychać, że utwór został zaśpiewany z uczuciem i pasją charakterystyczną dla charyzmatycznej wokalistki Tarji Turunen. Użycie języka fińskiego dodaje smaczku tej kompozycji i sprawia, że zapadnie nam ona w pamięci na dłużej.

Zakończenie albumu jest nieco słabsze niż zazwyczaj u Nightwisha. Poprzednie płyty tego zespołu wyróżniały się tym, że ostatni utwór był jednym z najlepszych. Tej tradycji nie kontynuuje „Higher Than Hope”, który zamyka album z 2004 roku. Jest to niezbyt dopracowana kompozycja, w której praca gitar nie trzyma wysokiego poziomu, jaki mamy np. w „Planet Hell” czy „Romanticide”. Całość wydaje się być nieco chaotyczna, zagrana na odwal i bez polotu.

Pewnym rozczarowaniem jest również okładka albumu. Artwork został zaprojektowany przez Markusa Mayera i przedstawia nagrobek, który w rzeczywistości ma swoje miejsce na Protestanckim Cmentarzu w Rzymie. Szkoda, że ten utalentowany artysta nie sięgnął po nieco bardziej oryginalny motyw, gdyż ten sam (lecz z innym napisem) pojawił się w 1997 roku na The Edges of Twilight kanadyjskiego The Tea Party oraz rok później na okładce albumu Embossed Dream In Four Acts greckiego zespołu Odes Of Ecstasy. Ponadto nawet Evanescence na swoim debiutanckim EP (również wydanym w 1998) zastosował wizerunek posągu Angel Of Grief. Tak więc można było się pokusić o mniej oklepaną oprawę graficzną tej bardzo dobrej płyty.

Długo zastanawiałem się nad oceną końcową dla Once’a. Najlepsze utwory zawarte na tym albumie należą do świetlanych momentów w karierze Nightwisha. Muzyka zespołu rozwinęła się zarówno pod względem technicznym, jak i kompozycyjnym. Trzeba sobie powiedzieć wprost, że Once to, jak dotychczas, szczytowe osiągnięcie fińskiego zespołu, które pomimo młodego wieku oraz dwóch komercyjnych potworków można śmiało zaliczyć do najlepszych pozycji w historii symfonicznego metalu. Tak więc bardzo wysoka ocena, jaką tutaj wystawiam nie powinna zadziwić nikogo, kto ceni sobie metal w klasycznej oprawie, zagrany i zaśpiewany z duszą oraz pasją.

Ocena: 9/10

Autor: Ivanhoe
Zwiń

Dodaj komentarz