Imaginaerum

imTracklista:

1. Taikatalvi
2. Storytime
3. Ghost River
4. Slow, Love, Slow
5. I Want My Tears Back
6. Scaretale
7. Arabesque
8. Turn Loose The Mermaids
9. Rest Calm
10. The Crow, The Owl And The Dove
11. Last Ride Of The Day
12. Song Of Myself
13. Imaginaerum

Teksty

 

 

 

 

 

 

Recenzja
Największym plusem Dark Passion Play było to, że ten album radykalnie obniżył poprzeczkę dla swojego następcy. Na nową płytę Tuomas Holopainen i spółka kazali czekać swoim fanom ponad cztery lata, co jest najdłuższą przerwą między dwoma następującymi po sobie krążkami długogrającymi w piętnastoletniej historii zespołu. W grudniu 2011 nowe wydawnictwo studyjne ujrzało światło dzienne, można więc ocenić w jaki sposób kompozytor oraz pozostali członkowie kapeli spożytkowali miniony czas.
Rozwiń

Początek Imaginaerum jest bardzo konserwatywny i nietypowy w porównaniu ze wszystkimi wcześniejszymi dokonaniami Nightwisha. Od Angels Fall First po Once pierwszy utwór był zawsze jednym z najlepszych z całej płyty, czego nie udało się Tuomasowi Holopainenowi powtórzyć na Dark Passion Play, gdzie od początkowych dźwięków skonfrontował słuchacza z niedopracowanym, nadmiernie patetycznym i nieskładnym monstrum.

Tutaj zdecydował się obrać inną, znacznie bardziej zachowawczą drogę – po raz pierwszy w historii grupy mamy do czynienia z typowym numerem wejściowym.  Stonowane intro „Taikatalvi” subtelnie wprowadza nas w odpowiedni nastrój do zapoznania się z nowym dokonaniem fińskiego zespołu. Najpierw słyszymy tylko dźwięk nakręcanej pozytywki, następnie na scenie pojawia się wokal Marca Hietali przy łagodnym akompaniamencie klawiszowym, do którego w dalszej kolejności dołączają flet i orkiestra. Początkowa kompozycja, która stopniowo przechodzi w pierwszy „pełnowartościowy” numer, stanowi udany początek płyty; nie odrzuca jak „The Poet And The Pendulum” z poprzedniego albumu, lecz wzbudza apetyt na więcej.

Na drugi ogień idzie pierwszy singiel z nowego krążka o tytule „Storytime”, odnośnie którego niezbędne jest w tym miejscu krótkie wyjaśnienie.
Jak powszechnie wiadomo, realia komercyjnej branży muzycznej rządzą się swoimi zasadami biznesowymi. Wymagają one, by kompozytor był gotów pójść na pewne ustępstwa w celu zmaksymalizowania dochodu ze sprzedaży nowego albumu, jak również całej rzeszy produktów, które ten krążek promują (niech koszulki i plakaty posłużą tutaj jako najbardziej cywilizowane przykłady fanowskiego „merchandise’u”, w jaki sklepy, z definicji muzyczne, obfitują). W przypadku Nightwisha – od czasów, w których zespół jest związany z Nuclear Blastem – kompromis na linii kompozytor/wytwórnia płytowa przejawia się tym, że na albumach pojawiają się z reguły dwa utwory, w których z założenia poziom artystyczny nie ma większego znaczenia. Spełniają one natomiast funkcję magnesu, który ma przyciągnąć przeciętnego, mało wyrobionego odbiorcę danego gatunku muzyki łatwymi, bardzo przystępnymi i z reguły banalnymi melodyjkami. W przypadku Nightwisha do tej grupy piosenek jak dotąd zaliczały się w pierwszej kolejności „Nemo”, „Wish I Had An Angel”, „Bye Bye Beautiful” oraz „Amaranth”.

Od pierwszego kontaktu z Imaginaerum staje się jasne, że „Storytime” ze względu na swoją stylistykę ma kontynuować tę tradycję i w najefektywniejszy pod względem komercyjnym sposób promować nowy album. O tym, jak wywiąże się z tego zadania zadecydują wyniki sprzedaży, pozycje na listach przebojów, dochód ze sprzedaży płyty, jak również – w nieco mniejszym stopniu – liczebność widowni na koncertach. W tym miejscu natomiast interesuje nas poziom muzyczny tej kompozycji, co do której już na wstępie powinno być oczywiste, iż, delikatnie rzecz ujmując, muzyki metalowej nie zrewolucjonizuje. Mając to na uwadze, już przy pierwszym kontakcie z albumem słychać, że „Storytime” prezentuje się zaskakująco dobrze jak na utwór z założenia niezbyt ambitny i jest lepszy niż wszystkie cztery single z dwóch poprzednich albumów wymienione wyżej. Jego przewaga nad „Wish I Had An Angel”, „Bye Bye Beautiful” czy „Amaranthem” jest ewidentna i nie wymaga szczegółowego uzasadnienia, zatrzymajmy się natomiast przy porównaniu z „Nemo”, najlepszym jak dotąd numerem z grupy komercyjnych singli Nightwisha. „Storytime” nie ma w sobie sztucznego patosu i pseudoartyzmu, które to są nieodłącznymi cechami wielkiego hitu z 2004 roku.

Pierwszy singiel z Imaginaerum charakteryzuje się wprawdzie prostymi i oklepanymi rozwiązaniami kompozycyjnymi, bardzo nieskomplikowanymi partiami gitar oraz typowo piosenkową linią melodyczną, ale jego zaletą jest właśnie to, że niczego ambitnego nie udaje. Partie gitar są proste, a więc pozbawione jakiegokolwiek udziwnienia, razem z orkiestrą zapewniają one mocne wejście; sam utwór z kolei jest wesoły i pozytywny, natomiast poziom kiczu utrzymuje się w normie. Chwytliwy refren zapada od razu w pamięć, przez co ten numer powinien stać się koncertowym przebojem. Jak na komercyjny singiel, „Storytime” wypada więc niespodziewanie dobrze.

Trochę gorzej wygląda sytuacja z „Ghost River” i to wcale nie z powodu intra, które jest żywcem wycięte z utworu „Ain’t Talkin’ ’bout Love” z pierwszej płyty zespołu Van Halen. Z uwagi na to, że podobieństwo jest słyszalne od razu oraz przez to, że kawałek amerykańskiej grupy z 1978 należy do najbardziej znanych numerów w historii hard rocka, trudno tutaj mówić o plagiacie; raczej jest to tribute, hołd złożony braciom Van Halen i spółce. Nie, problem tkwi w innym miejscu.
Ciężko „Ghost River” nazwać utworem, gdyż jest to po prostu zlepek różnych pomysłów i zagrywek – około 30 sekund glamrockowego intra, spokojna zwrotka, dalej rozwrzeszczany Marco i przestraszona Anette, kilkakrotnie powtórzony refren z obfitym użyciem aliteracji („go down … drown drown, deeper down”), chórek dziecięcy w tle, potem orkiestra na pierwszym planie, następnie z przodu gitara (bez tremolo nie mogło się obyć…), dalej jeszcze bardziej rozwrzeszczany Marco, zaraz po nim chórek dziecięcy na pierwszym planie, wokalne wtrącenie Anette, bezpłciowe la-la-la, powtórzenie fragmentu motywu Van Halena, dwa „wykrzykniki” chóru na koniec. Koniec. Nareszcie.

Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że kompozytor zaczął kilka projektów, żadnego z nich nie skończył, więc zdecydował się wszystkie do siebie dokleić. W każdym miejscu gdy utwór jakoś zaczyna być spójny pojawia się coś, co zaburza w nim jakikolwiek ład i porządek. Na przykładzie tego numeru widać też, co jest jedną z głównych wad Imaginaerum – brak ostatecznego dopracowania kompozycji.

Podczas gdy większość numerów z Dark Passion Play była po prostu beznadziejna, tutaj jest kilka utworów, których poziom, zakładając nieco więcej zdrowego rozsądku oraz inwencji twórczej, mógł być znacznie wyższy. Przy czym trzeba dopowiedzieć, że „Ghost River” to dość nietypowy numer jak na tę płytę, gdyż jest to praktycznie składanka niedokończonych pomysłów i wymagałoby sporo przeróbek, by stworzyć z niej coś sensownego.

Jednak już następny numer w kolei „Slow, Love, Slow” obrazuje modelowo tę wadę wspomnianą powyżej. Z jednej strony jest to delikatna, jazzująca kompozycja ze szczoteczkową perkusją, bardzo zróżnicowanym wokalem Anette (w niektórych miejscach, zwłaszcza w najniższych rejestrach wspomaga ją tutaj Marco), klimatycznymi wstawkami pianinowymi w tle podczas zwrotki oraz partiami granymi na trąbce, które są idealnie wpasowane w klimat utworu. Z drugiej natomiast razi tutaj główny motyw pianinowy, jedna z typowych dla Tuomasa Holopainena zagrywek wywodząca się z metalowej stylistyki, która do z założenia stonowanego, jazzowego utworu po prostu nie pasuje, gdyż niepotrzebnie wysuwa się na pierwszy plan.
Urok „Slow, Love, Slow” tkwi w harmonii i balansie pomiędzy partiami poszczególnych muzyków (włączając oba wokale); intro, a następnie interludia (wg niektórych zwolenników neologizmów „interludy”) pianinowe je zaburzają. Końcowa część „Slow, Love, Slow”, począwszy od bezpłciowej solówki gitarowej utworowi uroku nie dodaje – jest wymęczona i nie wnosi żadnego konstruktywnego rozwiązania kompozycyjnego, zarówno wokalnie, jak i instrumentalnie. Utwór kończy się tykającym odgłosem, który w końcowych sekundach trwania stopniowo „oczyszczany” jest z efektu pogłosu i stanowi przejście do następnego numeru – „I Want My Tears Back”, w którym występują dudy irlandzkie (uilleann pipes), narodowy muzyczny symbol Zielonej Wyspy.

Jest to dość nietypowa odmiana tradycyjnych dud, gdyż nie dmucha się w nie, lecz łokciem moduluje się dopływ powietrza do zbiornika, generując w ten sposób dźwięk. Partie z charakterystycznym powtarzanym akcentowaniem półtonów grane na tym instrumencie rozbrzmiewają zaraz po krótkim riffie gitarowym i pasują do tego numeru znakomicie.
Ze względu na umiejętnie zastosowany folkowy element, dobrze dobrane przejścia perkusyjne w końcówce refrenu śpiewanego przez Anette oraz udane partie wokalne cała kompozycja mogłaby zaliczać się do lepszych momentów „Imaginaerum”.

Ogólne wrażenie psuje jednak jej druga część, gdzie kompozytor zdecydowanie przedobrzył. O ile na początku główny motyw wykonują dudy, a gitara trzyma się dyskretnie z tyłu, to po krótkim zalążku solówki na tym tradycyjnym instrumencie, do którego dołączają odgłosy klaskania, zaczyna się niestety tandeta.
Jest taka zasada, że folk nie jest kiczem dopóki jest grany na folkowych instrumentach; można by ją też wyrazić w ten sposób: co przystoi dudom, nie uchodzi przesterowanej gitarze elektrycznej (albo oczywiście syntezatorowi). Niestety wiele zespołów powermetalowych (w bardziej melodyjnej, „europejskiej” odmianie tego gatunku) tę regułę po prostu ignoruje, co skutkuje kiczowatymi solówkami wykonywanymi przez tandetną podróbę klawesynu i innych, bardziej ludowych brzmień. Coś podobnego ma miejsce również tutaj – Emppu Vuorinen gra na swoim instrumencie urywki skal imitując partie dud irlandzkich, podczas gdy Jukka Nevalainen niemiłosiernie kopie w podwójną stopę. Obaj muzycy próbują wprowadzić metalową stylistykę w takie obszary, gdzie automatycznie obraca się ona w banał. Z uwagi na to, że takie połączenie nie może skończyć się dobrze, pod koniec utworu mamy metalowo-wiejski kabaret, w którym na dodatek pobrzmiewają echa Rednex… Szkoda, gdyż kawałek zapowiadał się naprawdę dobrze.

Trochę podobny do niego pod tym względem (pomimo braku folkowego zacięcia) jest numer „Last Ride Of The Day”, w którym początek wypada bardzo dobrze (szczególnie współpraca orkiestry i gitar), natomiast druga część z wielokrotnie powtarzanym refrenem przy akompaniamencie średnio ambitnej zagrywki pianinowej zaniża ogólną ocenę tego utworu. Jednak nawet mimo tego, „Last Ride Of The Day” należy do lepszych momentów płyty i nie można go zaliczyć do kawałków ze zmarnowanym potencjałem.
Jak widać, proste formy wyrazu artystycznego oraz niewielki wkład kompozytorski też potrafią zaowocować efektownym numerem.

Gdy chcemy odpocząć od szybkich i skocznych melodii, to nie musimy zmieniać płyty, gdyż w ramach urozmaicenia zadbano także o łagodniejsze dźwięki, co obrazuje „Turn Loose The Mermaids”, który pomimo swego tytułu nic wspólnego z My Dying Bride nie ma. Brzmi on natomiast jak skrzyżowanie Leaves’ Eyes z Blackmore’s Night. Ze zrzynaniem pomysłów z dokonań obecnego projektu Ritchiego Blackmore mieliśmy już do czynienia na poprzedniej płycie, tutaj z kolei Anette próbuje upodobnić swój wokal do Candice Night aż do tego stopnia, że jeszcze bardziej sepleni na literę „s” (przez tę cechę śpiewu małżonki Blackmore’a słuchanie jej koncertów w słuchawkach jest nierzadko dość przykrym przeżyciem). Ogólnie „Turn Loose The Mermaids” to jeden z przeciętnych momentów płyty, podobnie jak jedyny utwór skomponowany przez Marca Hietalę – „The Crow, The Owl And The Dove”.
Oba kawałki nie mają żadnych zadatków na ambitne numery; są proste w budowie i łatwe w odbiorze i po prostu przyjemne, przez co mogą się wielu osobom podobać. Ponadto w tym drugim wyróżnić można w tym miejscu udaną współpracę wokalną Marca i Anette (przy udziale Troya Donockleya), czyli dwóch muzyków, których partie należą do najjaśniejszych momentów płyty.

Marco Hietala zrezygnował na Imaginaerum ze swojej pretensjonalnej, momentami nosowej maniery, nie wydziera się jak na Dark Passion Play (poza wspomnianym „Ghost River”), nie zalicza wpadek fonetycznych jak na Century Childzie, lecz po prostu śpiewa. I robi to dobrze; do żadnej z jego partii wokalnych nie można mieć zastrzeżeń. Co do jego zaangażowania instrumentalnego, to sytuacja w zespole zmianie nie uległa; gitara basowa na pierwszy plan się nie wysuwa i poza pojedynczymi momentami (np. „Storytime”, „Arabesque”) jest słabo zauważalna, zgodnie z konwencją tego gatunku muzycznego.

Poziom partii gitarowych w stosunku do Dark Passion Play uległ poprawie; nawet jeśli nie znajdziemy tutaj żadnych zaawansowanych popisów Emppu, to stwierdzić należy, że generalnie swoją robotę wykonał zadowalająco. Brzmienie jego instrumentu przypomina to z czasów Once’a nie jest przesłodzone ani „polukrowane” jak to bywało na poprzedniej płycie, partie rytmiczne bardzo dobrze uzupełniają się z orkiestrą. Na szczególne wyróżnienie zasługują pod tym względem całe kompozycje „Scaretale”, „Rest Calm” oraz „Song Of Myself”, jak również niektóre momenty w „Last Ride Of The Day” (wstęp jest pod tym względem świetny) i „Storytime”.
Jakby nie patrzeć, właśnie wymieniona została większość utworów, w którym występuje współpraca gitary i orkiestry na jakąś większą skalę.
Kolejnym plusem jest to, że poskromił swoje zapędy w graniu solówek, gdyż najzwyczajniej w świecie mu one nie wychodzą, natomiast jako rzemieślnik uzupełniający orkiestrę metalowym akcentem spisuje się dobrze.

Biorąc pod uwagę całokształt zagrywek, najlepiej na nowej płycie Nightwish prezentuje się Jukka Nevalainen. Wprawdzie wirtuozerii w jego wykonaniu też nie ma, ale partie perkusyjne prezentują wyrównany, dobry poziom i zapewniają odpowiednią ilość urozmaicenia. Tyczy się to zarówno jazzujących momentów („Slow, Love, Slow”), balladowych utworów, jak i w powermetalowych galopad. Wyjątkiem są tutaj wspomniane wyżej niezbyt udane zagrywki w „I Want My Tears Back”. Poza tym – bez zastrzeżeń.

Na Imaginaerum znakomicie wypada wokal Anette Olzon. Słuchając Dark Passion Play dało się wyczuć, jaki w niej drzemie potencjał; swoim śpiewem udało jej się nawet przykryć kilka najbardziej rażących braków kompozycyjnych, a ponadto jej wokal był najlepszym elementem poprzedniej płyty. Tutaj, w otoczeniu lepszych utworów, radzi sobie po prostu świetnie. Naturalnie, jest zupełnie inną wokalistką niż Tarja Turunen, której głównym atutem był bardzo dobry, szkolony operowy głos. Anette Olzon z kolei wyróżnia się bardzo zróżnicowanym stylem śpiewania, realistycznie oddaje skrajne emocje (nierzadko w tym samym utworze), świetnie wczuwa się w tekst i wypada bardzo dobrze zarówno w balladowych, nastrojowych klimatach, jak i wydając z siebie zadziorne i krzykliwe dźwięki.

Udowadnia to zdecydowanie najlepszy utwór z płyty – „Scaretale”, który można zaliczyć w poczet najlepszych w dorobku Nightwisha. Na początku narasta groza, potem pojawia się śpiewający rzewną melodię chórek, która kojarzy się trochę z musicalem „Skrzypek na dachu” (a konkretnie z utworem „Sunrise, Sunset”), następnie wchodzi galopująca perkusja, majestatyczny chór i mocarny duet orkiestra/gitara elektryczna, którego partie nie odbiegają poziomem od tego, do czego zespół przyzwyczaił nas na Once’ie.
Na szczególne wyróżnienie zasługuje tutaj właśnie bardzo wszechstronny wokal Anette z pomysłowym wykorzystaniem onomatopeicznych środków wyrazu (najbardziej charakterystycznym przykładem jest tutaj chyba fragment tekstu, w którym pojawia się „squealing pigs”, choć naśladowanie tykania zegara też jest od razu zauważalne).
Druga część utworu z Markiem w roli głównej została skomponowana i wykonana brawurowo, z dużą lekkością i polotem. Na pierwszy plan wysuwają się tutaj przede wszystkim niektórzy członkowie orkiestry oraz chóru; gitara elektryczna trzyma się z tyłu i nie „obciąża” przez to niepotrzebnie tej kompozycji.
Proszę, jak Tuomas się postara, to potrafi! Jedyne co można by w tym numerze poprawić, to spasowanie ze sobą poszczególnych części utworu; gdyby przejścia między nimi były bardziej płynne, to utwór można by zaliczyć do ścisłej czołówki repertuaru grupy.

Jednym z lepszych utworów na płycie jest również „Rest Calm”. Na wyróżnienie zasługują tutaj przede wszystkim partie gitar, które dobrze współgrają z orkiestrą. Nie da się również oprzeć wrażeniu, że w paru miejscach (zwłaszcza gdy słychać tylko gitary) są one lekko thrashowo zabarwione (zjawisko znane z czasów Once’a).
Mimo tego cały utwór jest raczej stonowany i spokojny, ciepły wokal Anette, chórek dziecięcy oraz łagodne pianinowe wstawki sprawiają, że tytuł „Rest Calm” dobrze odzwierciedla klimat tego kawałka.
Linia melodyczna wokalu Marca w kilku miejscach (szczególnie w pierwszej części tej kompozycji) przywodzi na myśl skojarzenia z utworem „Revelations” z dwupłytowego albumu Nostradamus zespołu Judas Priest.

Do dobrych kompozycji zaliczyć należy również „Arabesque”.
Ten utwór bogaty w elementy stylistyki orientalnej, która co jakiś czas przewija się przez twórczność Nightwisha, galopujące pasaże orkiestralne oraz etniczne instrumenty perkusyjne stanowi swoiste katharsis po złowieszczym klimacie, w jakim utrzymany jest poprzedzający go numer „Scaretale”.
Ogólne wrażenie psuje tutaj jeden motyw pojawiający się pod koniec utworu, który jest żywcem zerżnięty z „Lagoon”; utworu Nightwisha, który nie znalazł się na żadnym albumie.
Bardzo pozytywnie wypada natomiast orkiestra; różni jej członkowie w odpowiednich miejscach wysuwają się na pierwszy plan i wprowadzają wymaganą ilość ożywienia w strukturę kompozycyjną tego numeru.

Utworem, któremu trzeba poświęcić szczególną uwagę jest „Song Of Myself”, gdyż konieczne jest przedstawienie jego kontekstu filozoficznego i literackiego.
Wbrew pozorom Tuomas Holopainen nie napisał tutaj kawałka o samym sobie, lecz zdecydował się zaadaptować muzycznie wiersz amerykańskiego poety Walta Whitmana pod tym samym tytułem.

Whitman to zdecydowanie jedna z najbardziej charakterystycznych i jaskrawych postaci w historii amerykańskiej liryki – zalicza się on do kanonu XIX-wiecznej literatury anglojęzycznej. Jednakże wgłębiając się w jego twórczość, w której wyróżniają się fascynacja naturą, transcendentalizm, symbolizm, bezpośrednie opisy seksualności i wyniesienie na piedestał „zwykłego człowieka”, prędzej czy później nie sposób nie zwrócić uwagi na to, iż Whitman starannie unikał wydawania opinii, osądów i był bardzo demokratycznym twórcą, w nie do końca pozytywnym tego słowa znaczeniu. George Santayana, amerykański krytyk literacki hiszpańskiego pochodzenia, trafnie określił go jako leniwego antyintelektualistę, który w swoim artystycznym panteizmie wzbraniał się przed wartościowaniem czegokolwiek.

Brak podziału na piękno, wzniosłość i artyzm z jednej strony oraz tandetę i przesadny patos z drugiej doprowadził u Whitmana do tego, że w swoim zachwycie naturą i subiektywizmem sztuki zignorował potęgę ludzkiej woli, która to leży u podstaw każdego pomysłu stworzenia czegoś, co ma zachwycić.

Jak podkreśla Santayana, u niego wszelkie emocje, odczucia i wrażenia, które składają się na osobowość człowieka otrzymały po „jednym głosie” i zostały zrównane – w efekcie powstało coś, co można określić jako demokratyczną moralność. Takie podejście do sztuki odzwierciedlało się także w jego osobistych preferencjach artystycznych. Zgodnie ze swoją zasadą „ktokolwiek idzie furlong (ósmą część mili) bez sympatii [innych], podąża ku swojemu pogrzebowi odziany we własny całun” („Whoever walks a furlong without sympathy walks to his own funeral dressed in his shroud”), Whitman delektował się popularnością wśród swoich czytelników i słuchaczy.

Jakże inny pod tym względem był Ralph Waldo Emerson, poeta i filozof z tej samej epoki co Walt Whitman! W swojej filozoficznej koncepcji indywidualizmu (określanej początkowo – zanim ten francuski termin przyjął się w języku angielskim – jako self-reliance, poleganie na samym sobie) nadrzędną rolę przypisał ludzkiej intuicji i wolnej woli, które powinny służyć nie tylko poznawaniu prawdy zawartej w naturze, ale także kwestionowaniu społecznych konwencji i dogmatów.
Whitman z kolei, jak wyjaśnia David S. Reynolds, autor wielu znanych pozycji dotyczących jego biografii oraz twórczości, podkreślał konieczność symbiozy między poetą a społeczeństwem.

Walt Whitman zbyt często od tej zasady nie odstępował, nawet jeśli zakładało to konieczność sprzeciwu wobec abolicji i zniesienia niewolnictwa. Szukanie poklasku i akceptowanie istniejących norm nie było natomiast cechą Emersona. Znakomicie oddaje to jego nadrzędna maksyma „Łatwo jest żyć według opinii świata; łatwo jest żyć w samotności według siebie; wielki człowiek natomiast to ten, który pośród tłumu zachowuje pełną grację płynącą z niezależności bycia odosobnionym” („It is easy in the world to live after the world’s opinion; it is easy in solitude to live after our own; but the great man is he who in the midst of the crowd keeps with perfect sweetness the independence of solitude”). Warto nadmienić w tym miejscu, że obaj artyści znali się osobiście; Ralph Waldo Emerson wypowiedział się bardzo pochlebnie o książce Leaves Of Grass, która zawiera wiersz „Song Of Myself”, jednak z biegiem czasu przyjął bardziej krytyczną postawę w stosunku do twórczości Whitmana, co – biorąc pod uwagę rozbieżności między ich tezami przedstawione powyżej – nie powinno nikogo dziwić.

Stosunek do sztuki, z jakim spotykamy się u Whitmana daje się również  zauważyć od kilku lat u Tuomasa Holopainena. Teraz, po tym jak zdecydował się napisać utwór poświęcony jednemu z jego wierszy, to podobieństwo nasuwa się samo. Tuomas swoje kompozycje traktuje bardzo emocjonalnie, co nieraz uniemożliwia mu ocenić je rzeczowo, neutralnie i – wszyscy uwielbiamy to słowo – obiektywnie. Bardzo ciężko jest bowiem dostrzec brak perfekcji jeśli to pojęcie usunie się ze swojego słownika; podobnie też, gdy zrezygnujemy z określeń „czarne” i „białe”, to nic nie będziemy mogli określić jako „szare”, gdyż szarość nie może istnieć niezależnie od czarnego i białego – jest połączeniem jednego i drugiego.
Główną ideą przyświecającą artyście powinno więc być stworzenie nie czegoś, co się ma z założenia podobać, lecz wydanie na świat dzieła przedstawiającego wartość samą w sobie, którą słuchacz (czy odbiorca sztuki generalnie) za pomocą swojej percepcji będzie w stanie docenić. Jednak bez jasnego teoretycznego podziału, w którym nie zabraknie miejsca na wartościowanie i ocenianie będzie to niewykonalne.

Tym niemniej jednak, w przypadku warstwy muzycznej „Song Of Myself” można się jeszcze obyć bez takiego krytycznego spojrzenia, gdyż należy ona do najlepiej skomponowanych fragmentów tej płyty. Majestatyczne partie orkiestry przy akompaniamencie gitar, chór, który na przemian góruje nad pozostałymi dźwiękami i dopełnia tła dyskretnymi akcentami, we właściwych momentach zastosowana podwójna stopa, zdecydowany, pełen ekspresji wokal Anette, któremu Marco w odpowiednich miejscach dodaje dramaturgii, znakomicie zastosowane partie pianina na niskich oktawach w „Piano Black”, nawarstwianie emocji – to wszystko zasługuje na pochwałę w tym utworze.

Ma on natomiast jedną cechę, która powoduje, że nie da się go umieścić obok najlepszych kompozycji w dorobku Nightwisha. „Ghost Love Score”, „Beauty Of The Beast”, „FantasMic” czy „Dead Boy’s Poem” dają ujście spiętrzonym emocjom poprzez jakąś eksplozję, wybicie się, dynamiczne rozładowanie w końcowym refrenie. Takiego czegoś tutaj nie uświadczymy – w czwartej części utworu zatytułowanej „Love” na pierwszym planie są wyłącznie partie mówione. Nie wpływają one rzecz jasna bezpośrednio (negatywnie) na ocenę tej kompozycji, jednak poprzez to, że kompozytor zdecydował się na takie rozwiązanie niemożliwe jest ewentualne podniesienie noty dla „Song Of Myself”, które miałoby miejsce gdyby zastosowano tradycyjne zakończenie dla utworu zbudowanego w oparciu o schemat budowania napięcia.

Mimo tego najpóźniej po kilkukrotnym przesłuchaniu płyty staje się jasne, że partie mówione z „Love” nadawałyby się jako zakończenie albumu – takie wyciszenie byłoby idealnym dopełnieniem jakiegoś podniosłego muzycznego końca „Song Of Myself” i zarazem bardzo udanym zakończeniem płyty.

Niestety jako ostatni utwór mamy tutaj kompozycję instrumentalną o nazwie „Imaginaerum”, w której pojawiają się motywy z poprzednich utworów, od intra począwszy.
Prawda jest taka, że w odróżnieniu od „Taikatalvi”, outro tej płyty nie zostało dobrze dobrane. Może będzie pasować lepiej do filmu, jaki ma się ukazać, ale takie „podsumowanie” albumu nie było tutaj konieczne.

Kwestia oceny Imaginaerum od pierwszego przesłuchania płyty była sprawą z grubsza przesądzoną – przedział pomiędzy 6,5/10 a 7,5/10 od początku wyznaczał ramy ostatecznej noty.
6,5 odpadło po bardziej wnikliwym zapoznaniu się z albumem, więc pozostały tylko dwie opcje do wyboru. W stosunku do poprzedniej płyty, poprawa jest znaczna, co słychać zresztą od razu.

Tym niemniej jednak nie należałoby tego zjawiska określić mianem postępu; jest to raczej pierwszy krok powrotu do solidnego w swojej kategorii poziomu, do jakiego Nightwish nas w latach 1997-2004 przyzwyczaił.
Dużym plusem jest to, że nawet najsłabsze kompozycje z płyty generalnie nie zasługują na ocenę poniżej 5/10 (może w jakimś przypadku 4,5/10 byłoby uzasadnione; na ostateczną notę ma to wpływ marginalny), tymczasem na Dark Passion Play mało co dało się ocenić wyżej, na Once’ie natomiast „Wish I Had An Angel” wymagało wystawienia tak niskiej noty.

Wokalnie płyta jest na bardzo dobrym poziomie, współpraca gitar i orkiestry wypada w większości podobnie, utwory są zróżnicowane; cięższe momenty przeplatają się z bardzo delikatnymi, jak na ten gatunek muzyki poza paroma wyjątkami kompozycje nie popadają w banał, natomiast brzmienie albumu jest po raz kolejny świetne.

Wady tego krążka zostały już opisane w tej recenzji; nie ma konieczności wyliczania ich w tym miejscu ponownie. Biorąc pod uwagę zmarnowany potencjał niektórych kompozycji oraz oceny, na jakie zasługują poprzednie płyty zespołu, najbardziej sprawiedliwą notą dla Imaginaerum będzie złoty środek między 6,5/10 a 7,5/10.

W kontekście całej dyskografii zespołu (a szczególnie biorąc pod uwagę poprzednie „dzieło”) ten album to krok w dobrym kierunku.
Jeżeli jeszcze Tuomas Holopainen zdecyduje się zejść ze ścieżki Whitmana, by stać się muzycznym uosobieniem filozofii Emersona – artystą, który nie produkuje dzieł dla poklasku, lecz manifestuje w ten sposób potęgę i niezależność woli Twórcy – to możemy z całą pewnością liczyć na wielkie dzieło Nightwisha w przyszłości.

Ocena: 7/10
Autor: Ivanhoe
Zwiń

Dodaj komentarz