Nightwish w Krakowie 17.11.2018 – relacja z koncertu

Relacja Kacpra:

Praktycznie wszyscy, którzy byli na koncercie w Tauron Arenie Kraków twierdzili, że był to jeden z najlepszych koncertów Nightwish, na jakich byli. I ja podzielam w 100% to zdanie, stawiając jednocześnie małą gwiazdkę, pod której rozwinięciem napisano „bo to był mój pierwszy live z nimi na scenie”.

Tauron Arena Kraków to obiekt, którego pozazdrościć może wiele europejskich stolic, na czele z Warszawą. Na zmianę odbywają się tam imprezy sportowe, muzyczne i czasem przeplata się to z innego rodzaju wydarzeniami, które sprawiają, że ogromna hala na krakowskich Czyżynach żyje. Pokuszę się jednak o stwierdzenie, że w sobotę 17 listopada ożyła całkowicie i długo będzie trzeba poczekać na powtórkę takiego stanu (biorąc pod uwagę, że pewnie szybciej niż nam się wydaje Tuomas i spółka wrócą nad Wisłę, ten czas może jednak nie być tak długi).

Mimo że w Tauron Arenie było prawdopodobnie więcej osób ze stażem znacznie dłuższym od mojego, to nie uwierzę w to, że był ktoś, kto nie poczuł ekscytacji sięgającej minimum sklepienia hali wraz ze zmniejszającymi się wartościami liczbowymi na minutniku – bo to trochę jak z odliczaniem do Nowego Roku.

 

I chociaż po stanie 0:00:00 nie mieliśmy pokazu fajerwerków, a Troya i jego irlandzkie instrumenty, to zapalona w nas iskra zaczęła przeradzać się w coraz większy ogień. Pierwszy wybuch ognia – nie tylko na scenie – nastąpił wraz z pierwszymi dźwiękami „Dark Chest Of Wonders”. Wówczas show zaczęło się nieodwołalnie. A pojawienie się Floor w swojej czarnej zbroi było „kropką nad i”. Kto stał blisko sceny, ten mógł zauważyć niezaprzeczalnie szczery, pozytywny szok w oczach, gdy Floor ogarnęła, że hala jest pełna niemal w 100%. Drugi utwór z krążka Once – „Wish I Had an Angel” – pozwolił wejść w interakcję wokalną z tłumem, zaś Floor pozwoliła sobie na pierwsze tego wieczoru tańce na scenie. Po takim wstępie nastąpiła ewidentna zmiana stylu w postaci niemal operowych rejestrów Floor i tych jakże charakterystycznych partii Marco w „10th Man Down”, które dołożyły kolejny element do budującego się w Krakowie dzieła. „Come Cover Me”, czyli w porównaniu z poprzednimi utwór spokojniejszy, był kolejnym popisem bogatej skali Floor, którą Holenderka operowała perfekcyjnie. Przed „Gethsemane” pani Jansen postanowiła rozbudzić publikę na trybunach Tauron Areny, a później w utworze z Oceanborn zaprezentowała nam się wokalnie niczym wszystkie wagnerowskie Walkirie zamknięte w jednym ciele. Szósta piosenka była zarazem pierwszą podczas koncertu w stolicy Małopolski, którą Nightwish stworzył wraz z Floor. I mimo że jest to utwór dobrze nam wszystkim znany i często pojawiający się na koncertach, to za każdym razem porywa on publikę do wspólnego śpiewu. Dokładnie tak samo było i teraz, gdy cała płyta i trybuny śpiewały razem. Przeskok do nowszej twórczości ograniczył się w tym momencie tylko do „Élan” (chociaż setlista twierdzi, że „Èlan”), bo zaraz po ostatnim do tej pory singlu Nightwish wrócił niemal do korzeni wraz z utworem „Sacrament of Wilderness”. W utworze z płyty sprzed dwóch dekad swój kunszt na instrumentach pokazali Tuomas, Troy i Emppu, a Marco jako wokal wspierający Floor. Gdy zabrzmiały pierwsze takty „Dead Boy’s Poem”, czas w krakowskiej arenie niemalże się zatrzymał, a płyta i trybuny rozbłysły światełkami, które kołysały się w rytm aksamitnego głosu Floor.

 

46452297_2269609233322023_5116383974658146304_o

Fot. Martyna Potyka (Alienne photography)

 

Sygnał półmetku koncertu dał instrumentalny „Elvenjig” i połączony z nim „tolkienowski” „Elvenpath”. Jest to utwór, który można pozwolić sobie zrobić momentami trochę inaczej i mogliśmy to w Krakowie usłyszeć. „I Want my Tears Back”, które zabrzmiało jako następne, sprawiło, że trzeba było rozdzielić zmysły – słuch nastawić na całokształt, a wzrok skierować na Floor, która zrobiła na scenie istne taneczne show pełne klasy i gracji (chociaż biedny Emppu salwował się ucieczką i wolał oddać Holenderce trochę swojej przestrzeni scenicznej, byle tylko nie znaleźć się w centrum tanecznej orbity). Z albumem Imaginaerum pozostaliśmy także przy okazji utworu „Last Ride Of The Day”, w trakcie którego wydawało się, że Tauron Arena stała się ogromnym wagonikiem kolejki górskiej i zaraz sama pomknie w szaleńczą przejażdżkę bez hamulców. Dla zrównoważenia emocji po rollercoasterze Troy zabrał widownię na ponowną wycieczkę, tym razem w czasie – do roku 1997 i utworu „The Carpenter”. Ten niezwykle urokliwy kawałek zabrzmiał tak dobrze, że momentami czuło się niemal duchową jedność wszystkich śpiewających w hali. Przy pirotechnice wprowadzającej do „The Kinslayer”, ognistego, ale też tragicznego w swojej historii trzynastego utworu wieczoru, Emppu ewidentnie poczuł, że jęzory ognia wyrzucają z siebie dużo ciepła. Parę chwil później podobne ciepło popłynęło od Floor i Marco przy śpiewie tej piosenki.

 

Przed „Devil & the Deep Dark Ocean” Marco postanowił podyskutować z publicznością o romansach. Jak powszechnie wiadomo, gdy stary Fin z oryginalną fryzurą na brodzie rozmawia o miłości, to jest to wstęp do ciekawej wymiany zdań. Tak było tym razem, gdy Floor z Marco śpiewali tak, jakby mieli wywołać prawdziwą burzę. Taka też burza zadziała się na perkusji za sprawą Kaia. Potem nastał czas na jeden z najbardziej ogranych przebojów Nightwish – Nemo. Bo, jak wiadomo, bez Nemo żadna impreza z udziałem ekipy z Kitee nie ma racji bytu. Utwór z albumu Once wykonany został ładnie, schludnie, bez niepotrzebnych dodatków i urozmaiceń i z dużym aktywnym udziałem publiczności. Jako że z europejskiej setlisty wypadł początkowy „End Of All Hope”, to tuż przed finałem usłyszeliśmy pierwszego reprezentanta albumu Century Child, „Slaying The Dreamer”. I znów Marco z Floor swoimi głosami rozpętali na scenie dźwiękowe piekło i wyrzucili z siebie potężną dawkę energii.

 

Na deser zostawiono nam to, na co chyba większość czekała – dotykające wszystkich zmysłów i pobudzające do głębokiej refleksji i zadumy „The Greatest Show on Earth”. To utwór niepowtarzalny i mimo swojej specyficznej konstrukcji był perłą w koronie tego występu. Floor po raz kolejny zabrała nas w okolice opery, a Tuomas czarował klawisze, wydobywając z nich to co najczystsze. Wielkim podsumowaniem i zamknięciem wieczoru było „Ghost Love Score”, w którym wykorzystano wszystkie efekty świetlne i pirotechniczne, by na sam koniec wystrzelić w powietrze miliony kawałków konfetti, które utworzyły ogromną czerwoną chmurę opadającą na publiczność.

 

46488055_2269609326655347_6928322452254621696_o

Fot. Martyna Potyka (Alienne photography)

 

Jak można podsumować takie widowisko, by niczego w tym podsumowaniu nie zabrakło? Chyba tylko tak: to, co zobaczyliśmy w Arenie Kraków 17 listopada 2018 roku w ramach koncertu europejskiej części trasy Decades: World Tour, to był najprawdziwszy „The Greatest Show on Earth” i dla większości z nas będzie to najwspanialszy koncert tej grupy, na jakim kiedykolwiek byliśmy.

 

Autor relacji: Kacper (KaeN)

Całą galerię koncertowych zdjęć Martyny znajdziecie tutaj: https://bit.ly/2zjiaoX  

______________________________________________________________________________

 

 

Relacja Agnieszki:

„We were here!” – recenzja koncertu Nightwish w Krakowie 17.11.2018

 

W życiu fana są takie chwile, na które czeka się z utęsknieniem i które są bardzo emocjonującym przeżyciem, pełnym wzruszeń, zaskoczeń oraz autentycznej radości. W takich momentach jak dwugodzinny koncert Nightwish 17 listopada 2018 r. w Krakowie fani zespołu mieli okazję doświadczyć różnorodnych emocji, które opadają powoli i które utwierdzają ich w przekonaniu, że uwielbiany przez nich band postarał się jak najlepiej, by stworzyć niezapomniane widowisko, łączące dobrą muzykę z klimatycznymi animacjami, grą świateł oraz nowoczesnymi efektami pirotechnicznymi.

Chyba każda z obecnych 16 tysięcy osób w Tauron Arena Kraków może powiedzieć, że koncert był dobrze przygotowany i udany. Rozpoczął się punktualnie o godz. 21.00 i wypadł bardzo dobrze zarówno pod względem artystycznym, jak i technicznym. Dużą zaletą było dobre nagłośnienie – dźwięki z głośników były czyste i nie porażały przesadną głośnością. W klimat nightwishowych kompozycji wprowadziły uczestników wysokiej jakości animacje, które początkowo umożliwiły wspólne odliczanie do rozpoczęcia show. Potem nawiązujące do treści utworów oraz grafik znajdujących się na okładkach płyt animacje stanowiły tło dla poszczególnych utworów, pozwalając fanom kapeli lepiej wczuć się w ich klimat.

Pierwszy na scenie pojawił się Troy Donockley, który zagrał na flecie i dudach motyw przewodni do spokojnego „Swanheart”. Pod koniec trwania utworu na scenie pojawili się pozostali muzycy wraz z wokalistką i szybko klimat zmienił się na typowo metalowy. Przed sceną buchnęły sztuczne ognie, a ze sceny popłynęły dźwięki „Dark Chest Of Wonders”. Publiczność błyskawicznie się ożywiła, śpiewając wraz z Floor Jansen „Fly to a dream far across the sea…”.  Na scenie od razu można było zauważyć fajną energię, jaką emanowali stojący z przodu basista Marco Hietala i gitarzysta Emppu Vuorinen. Co ciekawe, instrumentaliści usytuowani na drugim planie, czyli „maestro” Tuomas Holopainen i perkusista Kai Hahto znajdowali się wraz ze swoimi instrumentami na specjalnych podwyższeniach, które „wyrosły” ze sceny na początku koncertu.

Podczas dwóch kolejnych piosenek zespół nie zwalniał tempa. Było dynamicznie, gdy grali przebojowy kawałek „Wish I Had An Angel” i opowiadający o piekle wojny „10th Man Down”. Potem przyszedł czas na łagodniejsze utwory – miłosny „Come Cover Me”, poetycki „Gethsemane” i melodyjny „Èlan”. Przed „Gethsemane” Floor w charakterystyczny dla siebie sposób zapytała fanów, czy są gotowi na wycieczkę przez dekady, nawiązując w ten sposób do tytułu trasy „Decades Tour”. Publiczność odpowiedziała początkowo dość cicho, ale po zachęceniu przez Floor wszyscy podnieśli wrzawę, co wokalistka skwitowała: „Oh yes, you’re ready! Oh let’s go way back in time”.

W dalszej podróży przez ponad dwie dekady działalności zespołu pojawił się utwór „Sacrament of Wilderness” z płyty „Oceanborn”. Mimo że piosenka ta liczy sobie już dwadzieścia lat, nadal świetnie brzmi na koncertach. W trakcie wykonywania utworu można było zobaczyć dynamiczny headbanging Floor, który później pojawił się jeszcze w kilku ostrzejszych kawałkach.

Następnie jednak przyszedł czas na najłagodniejszy fragment koncertu, czyli piosenkę „Dead Boy’s Poem”. Podczas wykonywania pochodzącego z 2000 roku utworu zespół stworzył wyjątkowy, magiczny klimat. Spokojna jak na Nightwish muzyka świetnie współgrała z grafiką przedstawiającą okładkę płyty „Wishmaster”, pojawiającymi się fragmentami tekstu utworu oraz grą świateł reflektorów. Nie chcąc wyprowadzać widzów z tego nastroju, zespół zagrał folkowy, instrumentalny „Elvenjig”, a potem związany z nim baśniowy „Elvenpath”.

Po starszych piosenkach przyszedł czas na dwie nowsze. Z pochodzącej z 2011 roku płyty „Imaginaerum” muzycy zaprezentowali najpierw nadające się do pląsania pod sceną „I Want My Tears Back”. Tutaj mocno zaakcentował swoją obecność w zespole grający na dudach Troy, a pod koniec utworu Floor odtańczyła na scenie swój dziki taniec radości J Potem zespół zabrał krakowską publiczność w szaloną „przejażdżkę dnia”, wykonując porywający numer „Last Ride of The Day”. Zamknęłam wtedy oczy i chciałam, aby ta przejażdżka trwała jak najdłużej…

Po dwóch dynamicznych utworach Nightwish na chwilę zwolnił. I znów powrócił do utworów z lat 1997-2000. Na początku był „staruszek” „The Carpenter”, zapowiedziany przez Troya, który śpiewał w nim zwrotki i grał na buzuki. W tym utworze zwracała uwagę również solówka Emppu na gitarze. Ogólnie kawałek zabrzmiał dobrze i całkiem świeżo, biorąc pod uwagę choćby to, że nie był grany na koncertach przez ponad 20 lat.

Następnym utworem z setlisty był poprzedzony efektami pirotechnicznymi „The Kinslayer”, w którym Floor pokazała swoje szerokie możliwości wokalne, śpiewając bezbłędnie wysokie dźwięki w mocny i drapieżny sposób. W tym songu dał czadu również perkusista Kai Hahto, który wyraźnie dodawał dynamiki swoją grą.

Mocno i dynamicznie było także podczas „Devil & The Deep Dark Ocean”, w przewrotny sposób zapowiedzianego przez Marco jako „naprawdę miły, romantyczny kawałek” 😉 W rzeczywistości był to chyba najbardziej metalowy punkt koncertu, wyjątkowo mroczny jak na Nightwish. Muzycy stworzyli iście „diabelski” klimat – Marco zaprezentował wymowną melorecytację, Floor śpiewała wysoko i dramatycznie, Tuomas mocno i szybko uderzał w klawisze, a Kai łoił na perkusji. Do tego uwagę zwracały zupełnie inne niż dotychczas animacje, które korespondowały z „piekielną” atmosferą utworu.

Po trzech starszych kawałkach przyszła pora na jeden z największych przebojów Nightwish – „Nemo” z 2004 r. Fani śpiewali razem z Floor i klaskali, a niektórzy bujali się w rytm muzyki. Duże wrażenie zrobiła na mnie solówka Emppu na gitarze, a także wstawki na flecie i gitarze Troya oraz końcowe zaśpiewy Floor.

Przed kolejnym utworem wokalistka podziękowała fanom za świetną energię i powiedziała, że byłoby wspaniale, gdyby udało się zatrzymać czas i gdyby ta noc trwała jak najdłużej… <3  A koncert powoli zbliżał się do końca. W dalszej kolejności muzycy sięgnęli po jedyny utwór z płyty „Century Child” z 2002 roku i zarazem najostrzejszy na tym krążku – „Slaying The Dreamer”. Była moc, ognie buchały na scenie i przed nią i cała piątka (czyli wszyscy oprócz Troya, który nie grał w tym numerze) dała z siebie wszystko.

Potem było jeszcze lepiej. Dwa ostatnie utwory to według mnie (i nie tylko) czysta poezja. Przy „The Greatest Show On Earth” (moim ulubionym songu z całego dorobku Nightwish) niemal zawsze się wzruszam, a tu dodatkowo miałam ciary. Ten trwający w koncertowej wersji kilkanaście minut utwór rozpoczął się od nastrojowej solówki Tuomasa na klawiszach, potem wszedł z gitarą Troy, a następnie Floor, która zaśpiewała pierwszy, przejmujący fragment tej muzycznej podróży przez dzieje Ziemi. Potem była solówka Troya na dudach, aż wreszcie weszli pozostali muzycy i zaczęła się druga, znacznie bardziej dynamiczna część utworu, czyli „Life”. Ukazujące się z tyłu sceny animacje przedstawiały różne formy życia na Ziemi, a w momencie śpiewania przez Floor „We are one, we are a universe” można było poczuć tę jedność z wszechświatem, a także z innymi Nightwishowcami 😉 W trzeciej części piosenki – „The Toolmaker” był już ogień, także na animacjach, a finałowym momentem było kilkukrotne odśpiewanie z fanami jakże wymownych słów „WE WERE HERE”, co było najbardziej wzruszające… A gdy utwór się zakończył, Floor powiedziała, że ma nadzieję, iż wkrótce grupa znów wróci do Krakowa.

Ostatnim utworem na koncercie był „Ghost Love Score”, podczas którego wokalistka miała okazję pokazać pełnię swoich możliwości wokalnych, a cała grupa postarała się stworzyć podniosły i jednocześnie miłosny nastrój. Dopełnieniem tego nastroju były animacje przedstawiające spadające zapisane kartki, a następnie duże, palące się świece. W połowie piosenki zapanowała na dłuższą chwilę zupełna ciemność i na ekranie widać było tylko jedną wielką świecę. Publiczność wczuła się w klimat tego utworu i wiele osób śpiewało i wykrzykiwało w rytm muzyki „Hej, hej, hej”, a gdy pod koniec pojawiło się czerwone confetti, to już była to prawdziwa magia. Dla wielu uczestników koncertu „Ghost Love Score” to najlepiej wykonany utwór z całego wydarzenia.

Całe show trwało niewiele ponad dwie godziny. Na koniec członkowie bandu wyszli na scenę i ukłonili się przed publicznością. I jeszcze Floor stanęła na chwilę sama z polską flagą z napisem „We Were here!”, co było wspaniałym gestem z jej strony.

Muzyczna podróż przez dekady dobiegła końca. Była to podróż pełna niesamowitych i różnorodnych dźwięków, kolorów oraz opowieści. Prawie z każdego swojego studyjnego albumu zespół coś zagrał. Najwięcej utworów było z krążka „Once”, bo aż cztery. Co ciekawe, grupa ominęła płytę „Dark Passion Play” z 2007 r., która przyniosła jej największy rozgłos. Jeśli o mnie chodzi, to uważam, że to dobra decyzja, bo ta płyta akurat jest moją najmniej ulubioną.

Mimo że muzyczna podróż Nightwish nie przebiegała w porządku chronologicznym, bo zespół dość swobodnie przemieszczał się między dekadą lat 90., latami dwutysięcznymi a trwającą obecnie dekadą, to była to podróż spójna, interesująca i bardzo ubogacająca. To jedna z tych dłuższych chwil, do których ja i wielu innych, którzy byli obecni na koncercie, będziemy wracać myślami i z której będziemy czerpać siły na kolejne miesiące i lata.

 

Autorka: Agnieszka Kubik